Długie, szpitalne 9 dni.

Podjechałam pod Izbę Przyjęć, nie pamiętam czy wzięłam torbę od razu, chyba później po nią wróciłam do samochodu.

Pielęgniarka od razu zadzwoniła na oddział. Byłam wczoraj więc dziś już do przyjęcia, bo jest gorzej. Dużo gorzej.

Przebrałam się w piżamę. Założyłam kapcie. Pielegniarka przyszła prawie od razu po mnie, i zaprowadziła mnie na oddział. Serce waliło mi w piesi jak szalone. Szybkie przyjęcie, test na covid, do wyniku proszę nosić maseczkę. Ciśnienie, wywiad, czekamy na lekarkę. O ironio. Lekarka to ta sama Pani, która mnie badała przy pierwszej biochemicznej… USG, wszystko OK. Skąd krwawienie ? NIEWIADOMO. Lekarka mnie „uspokoiła”, do 12 tygodnia krwawienia zdarzają się często… dziwne bo tego mój lekarz mi nie powiedział… dopóki krwi nie ma w ilości około 2 szklanek, to nie ma się czym martwić… hm no dziwne, dwóch może nie było, ale jedna napewno. Przyjęcie przebiegło bardzo w luźnej atmosferze. Leki bez zmian, zwiększone dawki luteiny i duphastonu, dodatkowo magnez. LEŻING. Acard i fraxy zostaje. OK. Ważne że BOBO żyje.

Poszłam na salę. Były już tam dwie dziewczyny, jedna z kolką nerkową, druga z krwawieniem tak jak ja. Z tą rożnicą, że ona miała krwiaki. A ja nie. Przynajmniej nie takie które można było zobaczyć na usg.

I wtedy do mnie dotarło co się dzieje, zalała mnie fala strachu, wyrzutów sumienia, bólu w sercu, złości i jeszcze raz strachu. Do wieczora powtarzałam, że nie dam rady, że chce do domu, obiecuję że nie wstanę już z kanapy, ale chcę do domu. Proszę zabierzcie mnie do domu…. Dwa pietra niżej mój ukochany wuj zmarł trzy lata temu. Było mi strasznie źle. Dziewczyny mnie pocieszały. Najgorsza jest pierwsza noc…

W nocy przyjęli kolejną cieżarną na naszą salę. O dziwo – ja spałam. Nie wiem jakim cudem. Może emocje mnie tak wykończyły, że poprostu spałam.

Ranek. Moje urodziny.

Pobudka o 6, leki w kubeczku. Zapraszam na zastrzyk. Później już nie zasnęłam. Czekałam do śniadania, obchodu, czegokolwiek. Dziewczyna która też krwawiła, mówiła, że kolejne usg zrobią mi za dwa dni. Ucieszyłam się. Jednak, czułam się trochę traktowana inaczej niż pozostałe osoby w mojej sali. Tylko ja nie miałam lekarza prowadzącego w szpitalu, nie pracował tam. Może nie słusznie, może z emocji, ale czułam się trochę po macoszemu traktowana. Teraz myślę, że to z powodu emocji które mną targały.

Po południu dostałam paczkę od Pana S. Talerzyk, sztućce, kawa ❤, książki i urodzinowe słodycze. Okres pandemi = zero odwiedzin, nie można opuścić oddziału, generalnie samotność. Osoby które z Toba zostają na sali stają się najlepszymi przyjaciółmi.

Piątek, dziewczyna z krwawieniem (już lekko plamiła) i z kolką nerkową wychodzą do domu. U mnie rano dalej krew. Nie dużo ale krew. Dotarło do mnie że mnie nie wypuszcza dopóki nie będzie czysto. Zostałam sama z A. na sali. Dużo rozmawiałyśmy, o porodach o cesarkach o wyposażeniu domu. Zaczełam powoli przyzwyczajać się do szpiatalnej rzeczywistości. Ale liczyłam na poniedziałek, że będzie ok. Że pójdę do domu. Nie miałam tego dnia USG, a bardzo na nie liczyłam.

W sobotę nic sie nie działo. Szpital trochę zamarł. Dalej nie miałam usg, ale już tylko plamiłam, lekko. Zaczełam się denerwować. W niedzielę rano wstałam do wc. Znowu krew, duża klucha. O 9 przyszedł ordynator. I chyba jego decyzja o odstawieniu acardu, dopiero mnie uratowała. Mówił to samo co mój lekarz prowadzący. Że acard powoduje pękanie naczynek, i to on będzie powodował krwawienie. Powiedział żeby sie nie bać. Teraz już, będzie ok. Dalej nie miałam usg. Ale jego wielki wzrost i ogólna postura tak mnie jakoś zaskoczyły że nawet zapomniałam zapytać. Powiedział mi też ważną rzecz. Że przez jakiś dłuższy czas ciągle bede plamić, bo ta krew musi ze mnie wyjść w jakiś sposób. Mam się nie bać, to jest normalne.

I niedziela to był dzień w którym krwawiłam żywą krwią ostatni raz. Później już było tylko plamienie, ale mimo to, żaden lekarz na dyżurze, nie wypuścił mnie do domu. W poniedziałek rano poprosiłam lekarza na obchodzie o usg, zrobil bez problemu. Bobas fikał koziolki na ekranie, w ogole się nie przejmował problemami mamy… lekarz znalazł znowu krwiaka. Więc pojawiła sie przyczyna. W końcu, nigdy w życiu sie tak bardzo nie cieszyłam z tego faktu ze mam krwiaka w macicy. Dziwne ale taka jest prawda. Krwawienie bez przyczyny było bardzo trudne psychicznie dla mnie. Dodatkowo zauważyłam na mojej karcie, że mam wpisane usg w piątek, ktoś musiał pomylić moją karte z kartę innej osoby,i myśleli że badanie było robione w piątek… nie komentuję tego bo nie chce się już denerwować.

W czwartek rano, ordynator odesłał mnie do domu. Bardzo się cieszyłam, nie tylko dlatego że z bobo jest OK. Nie tylko dlatego że idę do domu. Ale też dlatego, że wiem, że temu lekarzowi mogłam zaufać, i z czystym sumieniem mogłam wyjść do domu, trzymać się zaleceń Tj. Zero seksów, oszczędny tryb ale bez reżimu łóżkowego, no i nie dźwigać i nie przesadzać z pracami domowymi…

Moja psitulanka oszalala jak mnie zobaczyła, tak bardzo za nimi teskniłam ;( położyliśmy się na kanapie w trójkę i poczułam się znowu dobrze. Tak dobrze jak dawno się nie czułam, spokój i radość nie trwały oczywiście długo, zaraz po nich wrócił strach i obawy, ale taka namiastka normalności lekko ukoila moje zszargane nerwy. Byłam pewna że pokonaliśmy najgorsze, tak w środku jakoś cichutki głos mi podpowiadał.

Dziecko zdrowe, ale inkubator zepsuty – czyli trochę o lekach i chorobach.

Trochę odbiegnę od tematów strikte związanych z moją ciażą, i przeżyciami jej toważyszącymi, żeby nakreslić w jakimś niekoniecznie dużym stopniu, problemy zdrowotne z którymi od jakiegoś czasu sobie żyję.

Cieżko w sumie zacząć, bo trochę tego jest 😬 ale może od poczatku.

Dolegliwość nr 1: Astma+alergia

Astma oskrzelowa na tle wysiłkowym, zdiagnozowana u mnie jak miałam 6/7lat, plus do tego alergia … Na pyłki, trawy, kurz, sierść kota i innych zwierząt (ale na psią nie). Większość dzieciństwa przyjmowałam leki rozkurczowe, sterydowe, antyhistaminowe, no sporo tego było. Gdzieś w okolicach 18 lat, astma odpuściła, na tyle żebym przyjmowała tylko przy większym wysiłku fizycznym wziewne leki rozkurczowe, z alergią nauczyłam się poprostu żyć i tak było do roku 2018. Gdzie z własnej głupoty (🤦‍♀️) z niedoleczonym zapaleniem zatok pracowałam, a moja praca czesto przebiega przez magazyn, więc kursowałam między  temperaturami 23 stopni a 15 stopni…. w krótkim rękawku, na NLPZ’ach, cała spocona zeby zdążyć…mówiłam już że nawrót astmy spowodowała głupota ? Tak więc, od końcówki 2018 roku wróciłam na sterydy, tyle dobrze że wziewne, ale mimo wszystko…. Więc od wtedy jest ze mną budezonid i oxodil, na początku były codziennie, teraz przyjmuje tylko przy zaostrzeniach. Nie byłam w ciąży nawet u alergologa jeszcze 🤷‍♀️🤦‍♀️ po pierwszych dwóch kreskach miałam teleporadę, i Pani alergolog stwierdziła że można tak brać te leki w zaostrzeniach. Dodatkowo przeczytałam kilka publikacji dotyczących kobiet w ciąży chorych na astmę i wszystkie jednogłośnie mówią że budezonid jest lekiem rekomendowanym, a jak on nie pomaga to raz na ruski rok wezmę oxodil. Plus. Najważniejsze w ciąży jest dotlenienie płodu. Więc i matka musi być odpowiednio dotleniona. Nie krzyczcie. Mam zaplanowaną wizytę kontrolna u alergologa, w końcu można iść normalnie bo wcześniej to wszystko przez telefon chcieli załatwiać…

Dolegliwość nr 2: Otototo Hashimoto + niedoczynność tarczycy.

Rok 2018 był rokiem bardzo ciężkim, miałam wypadek w pracy, Pan S miał nieciekawą kraksę samochodową, na szczeście jemu nic sie nie stało ale samochód mocno do zrobienia, choroba nowotworowa odebrała życie mojemu kochanemu wujkowi, powrót do pracy po zwolnieniu lekarskim wypadkowym był bardzo ciężki (myślisz że znasz ludzi z którymi pracujesz X lat a na końcu się okazuje że i tak wszyscy Ci 4 litery obrobią…). Nagle zaczęły mi lecieć włosy garściami, poprostu wypadały, w ogromnych ilosciach. Na lewej stronie głowy pojawiły się prześwity skóry. Było tragicznie. Nigdy nie miałam bujnej czupryny, włosy zawsze były moim największym kompleksem a teraz jeszcze prawie ich nie było. Zaczełam szukać przyczyny, a im dłużej szukałam tym mój ogólny stan się pogarszał. Przestałam sypiać, dosłownie dopadła mnie taka bezsenność, że potrafiłam kilka dni z rzędu chodzić pół nocy i oglądać tv bo sen nie przychodził. Brak snu potęgował ogólny zły stan psychiczny i fizyczny. Byłam wykończona, rozdrażniona, nie dało się ze mną rozmawiać, wpadałam z histeri w furię, rzucałam telefonem z irytacji, nie funkcjonowałam wcale. Naprawdę nie nadawałam się do współżycia z innymi ludźmi. Dodatkowo waga zaczeła mi szybować w górę. Puchłam od patrzenia na jedzenie, a jadłam mniej żeby nie tyć. Było ze mną źle. Aż w końcu dermatolog patrząc na skórę mojej głowy zapytała o tarczycę. TSH miałam w normie, nie idealne ale w normie. A ona powiedziała że „TSH nie wskazuje na nic, trzeba zbadać ft3, tf4 i przeciwciała”. I tak jakoś po 4 miesiącach męki wyszło hashimoto i niedoczynność. Dostałam euthyrox, na początku w bardzo małej dawce. Ale źle go tolerowałam i przeszłam na letrox. Endokrynolog powiedziala że mam się pogodzić z tym, że do końca życia będę przyjmować hormony. Trochę załamka, ale przynajmniej wiedziałam co mi jest i jak z tym walczyć. Więc wspaniały rok 2018, i cały zgromadzony stres, musiał uaktywnić w moim organizmie super gen Hashimoto. No poprostu BOMBA.

Dolegliwość nr 3: hiperprolaktynemia.

Z tą „Panią” miałam małą styczność ale jednak. Od jakiś 3 lat miałam nieregularne cykle. Ale po ciąży biochemicznej to dopiero się zaczęło dziać. Rozrzut w długości cyklu od 25 dni do 45. Wszedł dostinex, cykle się unormowały do kolejnej ciąży biochemicznej. Pamiętam że endokrynolog nie chciała wracać do dostinexu, dopóki PRL nie bedzie utrzymywała się powyżej normy jakiś czas. Ale miałam 2 tabletki ostatnie (a kosztują naprawdę sporo). Wziełam pół w cyklu grudniowym (po listopadowej CB) i pół w cyklu lutowym, wtedy też podejrzewałam że mogło dojść do zapłodnienia w styczniu. Jakoś 12 dni po owulacji (miałam monitoring, jeden jedyny raz w życiu) zrobiłam test, ba, zrobiłam 3 testy różnych firm. I na każdym były 2 kreski. Beta 3 dni później wynosiła <5, nie chciało mi sie wierzyć, że 3 testy z niezależnych firm, kupione w innych miejscach mogą mnie oszukać. Dostałam okres 9go lutego i wzięłam pół dostinexu (badanie krwi wykazało że PRL powyżej normy a naprawdę nie chiałam kolejnego cyklu 40sto kilķo dniowego. I to była moja ostatnia miesiączka.

Dolegliwość nr 4: mutacje MTHFR i Pai1

5 marca w dniu w którym zrobiłam test ciążowy, przyszły wyniki badań genetycznych. I te dwie Panie mutacje się w wynikach pokazały. Dopiero po zrobieniu tych testów genetycznych zaczełam analizować moje korzenie. Nie znałam dziadków,oboje zmarli w młodym wieku z powodów krążeniowych, babcia cierpiała na zakrzepowe zapalenie żył, ciocia na trombofilię, powoli docierało do mnie, że prawdopodobieństwo, że ja też mogę mieć takie geny jest całkiem spore. Od stycznia byłam na acardzie dawka 150, ginekolog do której wtedy chodziłam, zapobiegawczo wdrożyła acard w trakcie starań. Zastrzyki z fraxiparyny, pózniej zmienione na neoparin, dostałam od lekarza do którego trafiłam z plamieniem, 16go marca. I tak od tamtej pory się kłuję w brzuch 🤷‍♀️

Dolegliwość nr 5: Anemia.

Pojawiła się jakoś około 20go tygodnia. Czułam że coś się dzieje. Drugi trymestr leciał, miałam mieć więcej energi i ochoty to życia. Tymaczem zawroty głowy i bladość skóry, większa niż dotychczas, zdradzały że coś jest nie tak. Czułam że zawroty głowy to nie wina niskiego ciśnienia. Widziałam to w mojej bladej twarzy i ustach. Paradoklasnie patrząc w lustro czułam się piękna. Zrobiłam morfologię przy okazji kontroli tsh i ft4. Hemoglobina, hematokryt i krwinki poniżej normy. Próbowałam nadrobić to burakami, warzywami. Przyjmowałam też prenatal duo a w nim jest żelazo, na ulotce jest napisane żeby nie brać dodatkowo żelaza. Ale po dwóch tygodniach było gorzej. I wtedy wleciał niemiecki specyfik na krew, który jeszcze miałam po zmarłej babci, a tydzień później już Floradix.

Dolegliwość nr 6 : podtrzymanie ciąży

Chyba nie można nazwać tego dolegliwością, ale nic innego konkretnego mi do głowy nie przyszło 😅🤷‍♀️

Na podtrzymanie biorę duphaston 3×1, luteinę 2×2(najpierw pod język teraz dopochwowo). Duphaston zaczęłam brać po pozytywnym teście, luteinę wdrożył mi lekarz przy plamieniach. Dawki były modyfikowane w ostatnich pięciu miesiacach, ale nie zostały zmniejszone.

Podsumowują, tak wygląda moje wysypianie się w ciąży (kiedy wszyscy w kółko powtarzają – śpij póki możesz ! 😑 ) :

* Około 3/4 rano zawsze budzę się na siku. Nie ma opcji żebym się nie obudziła. Zanim byłam w ciąży też o tej porze wstawałam siku. Taki mam zegar biologiczny najwidoczniej. O tej porze zażywam LETROX 100.

* Na 6 rano mam budzik – czas na DUPHASTON – nie można go łączyć z letroxem. Czasem jak się przebudzę to biorę go po 5, zależy jak mnie ptaszki obudzą.

* O 8:30 mam kolejny budzik. Robię kawę i o 9 wkładam do pochwy 2 taletki LUTEINY. Wolę tę dopochwową, podjęzykowa jest niesmaczna tak z rana.

* Po 9 robię zastrzyk NEOPARIN. W najgorszym okresie mój brzuch wyglądał tak:

* Około 9:30 piję pierwszą dawkę FLORADIXU Z ŻELAZEM, trzeba tutaj mieć odstęp od letroxu i pić go 30 min przed posiłkiem. Z reguły po takiej dawce wszystkiego niezbyt mam ochotę na jedzenie, wciskam je między 10 a 11, staram się popić sokiem z buraka ale są takie dni że sok za nic nie wejdzie.

* Później jest już prościej trochę, o 14 biorę kolejny DUPHASTON, biorę też magnez i prenatal Duo w ciągu dnia, staram się w trakcie posiłków brać suple. Przed obiadem lub przed kolacją wpada kolejna dawka FLORADIXu.

* O 20 zwykle już chodze w piżamce, o 21 wkladam kolejne dwie tabletki luteiny, stram się zjeść surowe warzywa i owoce, żeby złagodzić zaparcia ale o tym w innym poście.

* O 22 biorę ostatni DUPHASTON, i muszę jeszcze trochę się przemęczyć żeby wziąć około 23 ACARD, żeby miał odstęp od duphastonu. Zwykle po 22 zasypiam na kanapie, acard mam na stoliku nocnym i biorę jak sie przenoszę do sypialni.

Uh, taka krótka historia miała być… cóż. Tak właśnie wygląda wysypianie się w ciąży 😅