Klątwa radości.

Obudziłam się w poniedziałek z plamieniem/podkrwawianiem, 3/4 nocy chodziłam po domu, nie mogłam spać, miałam koszmary, byłam wykończona. Nie jestem pewna czy bardziej psychicznie czy fizycznie, ale poprostu wykończona. Wory pod oczami, szara skóra, ciężki oddech, bolesność ciała jak przy grypie, brak apetytu. Na szczęście we wtorek miałam wizytę u mojego lekarza prowadzącego, więc musiałam wytrzymać tylko jeszcze jedną dobę, żeby zobaczyć czy moja kruszyna ma się dobrze.

Mój psi psijaciel leżał rankiem ze mną na kanapie, ale mimo strachu, wiedziałam że muszę z nią wyjść. Wyjść nie tylko po to, żeby sobie pobiegała i załatwila toaletę. Musiałam wyjść z domu, odetchnąć powietrzem, uspokoić myśli, dotlenić mózg. Chodziłam po lesie, spokojnym krokiem, głaszczac brzuch i mówiąc sobie że Nasz okruszek jest silny i da radę, że jak przetrwamy do 12go tygodnia, to juz będzie łatwiej, już bedę mogła zacząć się cieszyć. Pierwsze badania prenatalne były taką magiczną datą, po której już wszystko miało być w porządku. Ryzyko utraty ciąży po 12 tygodniu znacznie maleje, tymbardziej jak wynik badań prenatalnych jest dobry. Szczerze liczyłam na to że po 5tym maja, po badaniach jak wyjdą dobrze, będzie już tylko dobrze. Bardzo na to liczyłam, niestety, za bardzo.

Przez kolejne 10 dni, po wizycie w szpitalu, ciągle ktoś mi pomagał. Mama myła okna, Pan S robił zakupy a jak już chciałam jechać sama to jechał ze mną ktoś kto dźwigał torby. Czułam się strasznie wybrakowana, przestałam być samodzielna, byłam zależna od innych. I wiem że pomoc mi, nikomu  nie sprawiała problemu, ale proszenie się ciągle kogoś o pomoc, było cieżkie. Dla mnie. Jestem wychowana na osobę bardzo samodzielną, rodzice zadbali o to żebym umiała radzić sobie sama, mam swój samochód, większość rzeczy zwiazana z domem robiłam sama, oczywiście poza typowo męskimi zadaniami, które leżą w gesti Pana S. Ale bardzo lubiłam mu pomagać, malować, składać meble, wiercić krecić śrubki etc. Poprostu  to lubię, lubiłam bardzo w sobie to że nie muszę dzwonic do niego jak przepali się żarówka albo poluzuje się uchwyt szafki, czy trzeba dolać oleju do samochodu, albo jak potrzebowałam ziemię do kwiatków, takie rzeczy mogłam zrobić sama. Nie musiał rzucać wszystkiego i jechac po 20L ziemi bo chcę przesadzic kwiatki. Wsiadałam w auto, kupowałam i przesadzałam moje roślinki. Gdy zaszłam w ciążę, gdy pojawiły się problemy, okazało się, że nie powinnam sama robić zakupów bo nie powinnam dźwigać, nie mogę umyć okien, złożyć nowej szafki rtv zanim on wróci z pracy, nawet kurier mi wrzucał do przedsionka domu paczki, albo czekały na schodach aż ktoś je wniesie. To była kolejna rzecz, która powodowała że czułam się ograniczona, wybrakowana, zależna od innych. Ale, dla Naszej kruszynki, wiedziałam, że przetrwam wszystko.

4go maja, dzień przed badaniami prenatalnymi, moja psia córka miła zabieg usunięcia narzadów rodnych. Rano ją zawieźliśmy, zrobiłam z kuzynką zakupy, po południu odebraliśmy. S miał tego dnia wolne. Znowu plamiłam, dlatego pilnowałam, żeby cały dzień nic nie dźwigać. Wieczorem znowu pojawiła się krew, spora ilość…. Kolejny raz trafiłam  na Izbę Przyjęć. Chyba tym razem już trochę chłodniej do tego podeszłam. Byłam w takim zawieszeniu, ciągle tylko czekałam na 5go maja jak na „zbawienie”. Lekarz nie potrafił zlokalizować skąd wzięło się krwawienie. Wyglądało na kolejny epizod, więc miałam wrócić do domu, leżeć i pojawić się w szpitalu, jeśliby krwawienie się pogorszyło. Tak też zrobiłam. Odpoczywałam z moją pooperacyjną psitulanką, i czekałam na kolejny dzień. Dzień badań prenatalnych.

Środa, 5ty maja, badania mieliśmy zaplanowane na rano. Pierwsze usg na które mogliśmy wejść razem, S w końcu mógł zoabczyć nasz mały skarb. Mówił że się nie stresuje, ale widziałam że był spięty. Badanie trwało około 20stu minut. Pani doktor była bardzo dokładna, Kruszyna ważyła wtedy 58 gram ❤ pieknie machała rączkami i nóżkami, serduszko biło mocno, tak jak powinno. Na podstawie pomiarów z usg, okruszek wypadł wzorowo, pobrali mi również krew, i dokładniejsze wyniki miały przyjść mailem za dwa tygodnie.

Kamień spadł mi z serca. Usłyszeć że jest wszystko idealnie było tak piekne, że nie potrafiłam się nie uśmiechać. Niestety nie obyło się bez gorszych informacji związanych ze mną. Były krwiaki, łożysko na tym etapie i przez kolejne 4 tygodnie miało zostać nisko, a rozrzedzona krew przez leki i pękające naczynka były ciągle zagrożeniem. Usłyszałam że powinnam zrezygnować nawet ze spacerów z psem. Powinnam głównie leżeć. Ale to już nie było ważne. Najważniejszy był fakt, że nasze dziecko rośnie i rozwija się książkowo.

Powiedziałam koleżanką z pracy które już się domyślały powoli, i najbliższym znajomym. Nie miałam zbyt wielu osób którym chciałam od razu mówić, ale była taka grupa osób, z którym byliśmy często w kontakcie, i przed którymi ciężko było udawać. Wróciliśmy do domu, mama czekała na nas, opiekowała się moją pooperacyjną psitulanką. Ucieszyła się oglądając zdjęcia. Wszyscy się ucieszyli, że było wszystko OK.

S. pojechał do pracy. Razem z moją chrzestną, pojechałam z psiakiem na kontrolę po operacji. Wrociłam do domu, ciocia kazała mi się od razu położyć, wypuściłam psiaka na siku przed drzwiami, i się położyłam. Przepełniało mnie szczeście, radość. W końcu były dobre wieści. W końcu miałam powód do uśmiechu.

Na kanapie leżałam może z półtorej godziny, pózniej wstałam. I wtedy to się stało.

Poczułam krew. Ale nie tak jak dzień wcześniej czy 10 dni wcześniej. Poczułam się jakbym dostała okres. Po pionizacji ciała, krew która gdzieś tam w moim wnętrzu się sączyła, poprostu wylała się ze mnie. Przerażenie, strach i wyrzuty sumienia. Po co się cieszyłam? Po co ? Żeby znowu cierpieć?

Szybki prysznic. Telefon do S,telefon do mamy, szybkie pakowanie. Ostatnia podpaska z szuflady, miałam zakodowane że muszę zatrzymać się w sklepie po paczkę, nie byłam na to przygotowana. Na nic nie byłam przygotowana.

Szpital. Śmierć. Wydmuszka.

Od wizyty serduszkowej, praktycznie ciągle plamiłam. Czy to przez krwiaki które miałam w macicy ? Nie wiadomo. Plamiłam kilka dni, pózniej przerwa, pózniej znowu plamienie. Mam wrażenie że plamienia były już tak „normalne” dla mnie, że nauczyłam się z nimi żyć. I jak po kilku dniach względnego spokoju znowu się pojawiło, nie marwiło mnie tak bardzo, dopóki nie było żywej krwi, to było akceptowalne.

Brałam końskie dawki luteiny i duphastonu. Mdłości przez które nie potrafiłam jeść, strach który był wszędzie za każdym rogiem. Piękny i cudowny okres ciąży okazał się piekłem. Dosłownie piekłem. Koszmar za koszmarem, nieprzespane noce, słabnący organizm. Dodatkowo żeby tego było mało, bliska mi osoba była już jedną nogą w zaświatach. Patrzenie jak gaśnie jej iskra, jak powoli nas zostawia dodatkowo psychicznie mnie pogrążyło. Naprawdę. I wiem, że inni mają gorzej, wiem że ludzie głodują, giną w wojnach, umierają w męczarniach. Wiem. Ale mimo wszystko, było mi strasznie ciężko, życie do tego stopnia mnie przytłoczyło, że nawet moja iskra, ktora kiedyś była bardzo wyraźna i głośna, praktycznie zgasła.

Zmieniłam się. Nie byłam już tą samą osobą.

Babcia zmarła 30.03. Wiedziała że spodziewa się prawnuka, tak przynajmniej sobie wmawiam, że mnie słyszała, że słyszała moją mamę. 30.03 z łzami wypłynęła ze mnie ostatnia emocja jaką w sobie miałam. Rzeczy których wcześniej bardzo pragnęłam typu wziąć ślub, posadzić piękne kwiaty w ogrodzie, mieć drugie dziecko, znaleźć lepszą pracę… wszystko straciło sens. Przestało mi zależeć. Zostałam inkubatorem, w którym rośnie dziecko, który podtrzymuje lekarz, maszyną bez uczuć i emocji, wypełnioną jedynie strachem.

Czułam się pusta. Stałam się aspołeczna. Jedyny spokój przynosiło mi przebywanie w samotności. To był jedyny moment kiedy byłam spokojna, kiedy nic mi nie przeszkadzało, kiedy nikt mnie nie denerwował głupimi tekstami typu: „musisz jeść” No hallo. Wiem, chciałabym, ale nie potrafię jedzenia przełknąć. Albo to było też dobre: „Ciesz się że nie wymiotujesz” Szczerze? Chyba wolałabym zwymiotować niż czuć ciągły ucisk w żołądku i puchnące jedzenie w ustach. I oczywiście kwintesencja ciążowych sentencji: „CIĄŻA TO NIE CHOROBA”, „JA W CIĄŻY TO PRACOWAŁAM DO OSTATNIEGO DNIA”

Panie i Panowie! Owacje na stojąco!

Też bym tak chciała!!!

Pracować, czuć się dobrze, jeść wszystko, nie mieć zawrotów głowy, być wulkanem pozytywnej energi i radości. Być samodzielna i samowystarczalna, radzić sobie zawsze z wszystkim. Ale nie mogłam, ani pracować, bo moja praca wymaga sporego wysilku fizycznego a musiałam się oszczędzać z powodu plamień i krwiaków, ani się cieszyć bo prawda była taka że nic nie bylo pewne, z taką ilością leków i sporym obciążeniem, ciąża mogła skończyć się każdego dnia. Jedyne co mogłam to się oszczędzać i wychodzić na spacery z psem. A to i tak jak się później okazało, było zbyt wiele.

Bez względu na to jak bardzo chciałam czuć się normalnie i być normalna – nie byłam, dalej nie jestem chociaż z dnia na dzień coraz bardziej staram się być bardziej ludzka. Bardziej uśmiechnięta, mimo że często nie jest mi do smiechu. Kiedy zmarła babcia, umarła część mnie. I mimo że wszytskim w koło mówiłam, że tak jest lepiej, że już nie cierpi etc. Wcale tak nie uważałam. Byłam zła na nią, że się poddała, że mnie zostawiła.

Były dwie emocje na jakie mnie wtedy było stać: złość i strach. Obie paraliżowały całe ciało. Nie płakałam, poza pogrzebem, nie potrafiłam płakać. I to nie dlatego że skończyły mi się łzy, nie dlatego że nosiłam pod sercem nowe życie, jak niektórzy mi w kółko powtarzali. Byłam w środku pusta. Wydmuszka. Bardzo chciałabym, żebym już nigdy w moim życiu nie była w takim stanie.

Nie sądziłam też, że jest coś co może mnie jeszcze bardziej zdołować i przybić. Ale jednak.

25go kwietnia, niedziela. Od dwóch dni czułam się gorzej. Niepokój był większy niż dotychczas. Coś było nie tak, czułam że coś sie dzieje. Dziwne jest to jak bardzo jesteśmy w stanie wyczuć, że dzieje się coś nie tak.

Jak każdego ranka, po śniadaniu poszłam z psem na spacer. Po spacerze poszłam do mamy na kawę, Pan S. Miał akurat pracującą niedzielę. Stałam w kuchni u mamy czekając aż zagotuje się woda na kawę. I wtedy to poczułam. Gorącą krew między moimi nogami. Idąc do łazienki podłoga rozmazywała mi się przed oczyma. Zdjęłam spodnie. Jasnoczerwona, żywa krew. Pamiętam że powiedziałam mamie że muszę jechać do szpitala, nigdy nie zapomnę jej przerażenia w oczach. Chciała jechać ze mną ale ja nie chciałam. Nie do końca pamiętam jak ale wróciłam do domu, wzięłam szybki prysznic, przebrałam bieliznę, ubrałam się i pojechałam samochodem do szpitala. Z drogi która trwała jakieś 10 minut pamiętam tylko łzy, i myśli o tym, czy moje dziecko jeszcze żyje. Nie pamiętam kiedy napisałam do S. Czy w domu czy w drodze? Nie pamiętam. Pamiętam krew, ciepło między nogami, strach, przerażenie, łzy.

Po przyjeździe do szpiatala musiałam przejść wstępna selekcję w związku z pandemią, ale wypisując ankietę, pielegniarka już dzwoniła do lekarza. Skierowała mnie na ginekologię, wiedziałam gdzie iść. Byłam tam przy pierwszej CB. Podeszłam pod gabinet. Usiadłam. Lekarz przyszedł prawie od razu. Młody, uśmiechnięty, spokojny. Nie będę wdawać się w szczegóły wizyty. Jedyne co było w niej najważniejsze, to to, że serce mojego okruszka biło mocno, a on fikał koziołki na ekranie usg. Dostałam leki, zakaz współżycia, chociaż o tym już wiedziałam odkąd były plamienia. Oszczędny tryb życia, nie leżący. Oszczędny. Dostałam wypis, wróciłam do domu. Zjadłam rosół. I nic wiecej z tego dnia nie pamiętam.

Dziecko zdrowe, ale inkubator zepsuty – czyli trochę o lekach i chorobach.

Trochę odbiegnę od tematów strikte związanych z moją ciażą, i przeżyciami jej toważyszącymi, żeby nakreslić w jakimś niekoniecznie dużym stopniu, problemy zdrowotne z którymi od jakiegoś czasu sobie żyję.

Cieżko w sumie zacząć, bo trochę tego jest 😬 ale może od poczatku.

Dolegliwość nr 1: Astma+alergia

Astma oskrzelowa na tle wysiłkowym, zdiagnozowana u mnie jak miałam 6/7lat, plus do tego alergia … Na pyłki, trawy, kurz, sierść kota i innych zwierząt (ale na psią nie). Większość dzieciństwa przyjmowałam leki rozkurczowe, sterydowe, antyhistaminowe, no sporo tego było. Gdzieś w okolicach 18 lat, astma odpuściła, na tyle żebym przyjmowała tylko przy większym wysiłku fizycznym wziewne leki rozkurczowe, z alergią nauczyłam się poprostu żyć i tak było do roku 2018. Gdzie z własnej głupoty (🤦‍♀️) z niedoleczonym zapaleniem zatok pracowałam, a moja praca czesto przebiega przez magazyn, więc kursowałam między  temperaturami 23 stopni a 15 stopni…. w krótkim rękawku, na NLPZ’ach, cała spocona zeby zdążyć…mówiłam już że nawrót astmy spowodowała głupota ? Tak więc, od końcówki 2018 roku wróciłam na sterydy, tyle dobrze że wziewne, ale mimo wszystko…. Więc od wtedy jest ze mną budezonid i oxodil, na początku były codziennie, teraz przyjmuje tylko przy zaostrzeniach. Nie byłam w ciąży nawet u alergologa jeszcze 🤷‍♀️🤦‍♀️ po pierwszych dwóch kreskach miałam teleporadę, i Pani alergolog stwierdziła że można tak brać te leki w zaostrzeniach. Dodatkowo przeczytałam kilka publikacji dotyczących kobiet w ciąży chorych na astmę i wszystkie jednogłośnie mówią że budezonid jest lekiem rekomendowanym, a jak on nie pomaga to raz na ruski rok wezmę oxodil. Plus. Najważniejsze w ciąży jest dotlenienie płodu. Więc i matka musi być odpowiednio dotleniona. Nie krzyczcie. Mam zaplanowaną wizytę kontrolna u alergologa, w końcu można iść normalnie bo wcześniej to wszystko przez telefon chcieli załatwiać…

Dolegliwość nr 2: Otototo Hashimoto + niedoczynność tarczycy.

Rok 2018 był rokiem bardzo ciężkim, miałam wypadek w pracy, Pan S miał nieciekawą kraksę samochodową, na szczeście jemu nic sie nie stało ale samochód mocno do zrobienia, choroba nowotworowa odebrała życie mojemu kochanemu wujkowi, powrót do pracy po zwolnieniu lekarskim wypadkowym był bardzo ciężki (myślisz że znasz ludzi z którymi pracujesz X lat a na końcu się okazuje że i tak wszyscy Ci 4 litery obrobią…). Nagle zaczęły mi lecieć włosy garściami, poprostu wypadały, w ogromnych ilosciach. Na lewej stronie głowy pojawiły się prześwity skóry. Było tragicznie. Nigdy nie miałam bujnej czupryny, włosy zawsze były moim największym kompleksem a teraz jeszcze prawie ich nie było. Zaczełam szukać przyczyny, a im dłużej szukałam tym mój ogólny stan się pogarszał. Przestałam sypiać, dosłownie dopadła mnie taka bezsenność, że potrafiłam kilka dni z rzędu chodzić pół nocy i oglądać tv bo sen nie przychodził. Brak snu potęgował ogólny zły stan psychiczny i fizyczny. Byłam wykończona, rozdrażniona, nie dało się ze mną rozmawiać, wpadałam z histeri w furię, rzucałam telefonem z irytacji, nie funkcjonowałam wcale. Naprawdę nie nadawałam się do współżycia z innymi ludźmi. Dodatkowo waga zaczeła mi szybować w górę. Puchłam od patrzenia na jedzenie, a jadłam mniej żeby nie tyć. Było ze mną źle. Aż w końcu dermatolog patrząc na skórę mojej głowy zapytała o tarczycę. TSH miałam w normie, nie idealne ale w normie. A ona powiedziała że „TSH nie wskazuje na nic, trzeba zbadać ft3, tf4 i przeciwciała”. I tak jakoś po 4 miesiącach męki wyszło hashimoto i niedoczynność. Dostałam euthyrox, na początku w bardzo małej dawce. Ale źle go tolerowałam i przeszłam na letrox. Endokrynolog powiedziala że mam się pogodzić z tym, że do końca życia będę przyjmować hormony. Trochę załamka, ale przynajmniej wiedziałam co mi jest i jak z tym walczyć. Więc wspaniały rok 2018, i cały zgromadzony stres, musiał uaktywnić w moim organizmie super gen Hashimoto. No poprostu BOMBA.

Dolegliwość nr 3: hiperprolaktynemia.

Z tą „Panią” miałam małą styczność ale jednak. Od jakiś 3 lat miałam nieregularne cykle. Ale po ciąży biochemicznej to dopiero się zaczęło dziać. Rozrzut w długości cyklu od 25 dni do 45. Wszedł dostinex, cykle się unormowały do kolejnej ciąży biochemicznej. Pamiętam że endokrynolog nie chciała wracać do dostinexu, dopóki PRL nie bedzie utrzymywała się powyżej normy jakiś czas. Ale miałam 2 tabletki ostatnie (a kosztują naprawdę sporo). Wziełam pół w cyklu grudniowym (po listopadowej CB) i pół w cyklu lutowym, wtedy też podejrzewałam że mogło dojść do zapłodnienia w styczniu. Jakoś 12 dni po owulacji (miałam monitoring, jeden jedyny raz w życiu) zrobiłam test, ba, zrobiłam 3 testy różnych firm. I na każdym były 2 kreski. Beta 3 dni później wynosiła <5, nie chciało mi sie wierzyć, że 3 testy z niezależnych firm, kupione w innych miejscach mogą mnie oszukać. Dostałam okres 9go lutego i wzięłam pół dostinexu (badanie krwi wykazało że PRL powyżej normy a naprawdę nie chiałam kolejnego cyklu 40sto kilķo dniowego. I to była moja ostatnia miesiączka.

Dolegliwość nr 4: mutacje MTHFR i Pai1

5 marca w dniu w którym zrobiłam test ciążowy, przyszły wyniki badań genetycznych. I te dwie Panie mutacje się w wynikach pokazały. Dopiero po zrobieniu tych testów genetycznych zaczełam analizować moje korzenie. Nie znałam dziadków,oboje zmarli w młodym wieku z powodów krążeniowych, babcia cierpiała na zakrzepowe zapalenie żył, ciocia na trombofilię, powoli docierało do mnie, że prawdopodobieństwo, że ja też mogę mieć takie geny jest całkiem spore. Od stycznia byłam na acardzie dawka 150, ginekolog do której wtedy chodziłam, zapobiegawczo wdrożyła acard w trakcie starań. Zastrzyki z fraxiparyny, pózniej zmienione na neoparin, dostałam od lekarza do którego trafiłam z plamieniem, 16go marca. I tak od tamtej pory się kłuję w brzuch 🤷‍♀️

Dolegliwość nr 5: Anemia.

Pojawiła się jakoś około 20go tygodnia. Czułam że coś się dzieje. Drugi trymestr leciał, miałam mieć więcej energi i ochoty to życia. Tymaczem zawroty głowy i bladość skóry, większa niż dotychczas, zdradzały że coś jest nie tak. Czułam że zawroty głowy to nie wina niskiego ciśnienia. Widziałam to w mojej bladej twarzy i ustach. Paradoklasnie patrząc w lustro czułam się piękna. Zrobiłam morfologię przy okazji kontroli tsh i ft4. Hemoglobina, hematokryt i krwinki poniżej normy. Próbowałam nadrobić to burakami, warzywami. Przyjmowałam też prenatal duo a w nim jest żelazo, na ulotce jest napisane żeby nie brać dodatkowo żelaza. Ale po dwóch tygodniach było gorzej. I wtedy wleciał niemiecki specyfik na krew, który jeszcze miałam po zmarłej babci, a tydzień później już Floradix.

Dolegliwość nr 6 : podtrzymanie ciąży

Chyba nie można nazwać tego dolegliwością, ale nic innego konkretnego mi do głowy nie przyszło 😅🤷‍♀️

Na podtrzymanie biorę duphaston 3×1, luteinę 2×2(najpierw pod język teraz dopochwowo). Duphaston zaczęłam brać po pozytywnym teście, luteinę wdrożył mi lekarz przy plamieniach. Dawki były modyfikowane w ostatnich pięciu miesiacach, ale nie zostały zmniejszone.

Podsumowują, tak wygląda moje wysypianie się w ciąży (kiedy wszyscy w kółko powtarzają – śpij póki możesz ! 😑 ) :

* Około 3/4 rano zawsze budzę się na siku. Nie ma opcji żebym się nie obudziła. Zanim byłam w ciąży też o tej porze wstawałam siku. Taki mam zegar biologiczny najwidoczniej. O tej porze zażywam LETROX 100.

* Na 6 rano mam budzik – czas na DUPHASTON – nie można go łączyć z letroxem. Czasem jak się przebudzę to biorę go po 5, zależy jak mnie ptaszki obudzą.

* O 8:30 mam kolejny budzik. Robię kawę i o 9 wkładam do pochwy 2 taletki LUTEINY. Wolę tę dopochwową, podjęzykowa jest niesmaczna tak z rana.

* Po 9 robię zastrzyk NEOPARIN. W najgorszym okresie mój brzuch wyglądał tak:

* Około 9:30 piję pierwszą dawkę FLORADIXU Z ŻELAZEM, trzeba tutaj mieć odstęp od letroxu i pić go 30 min przed posiłkiem. Z reguły po takiej dawce wszystkiego niezbyt mam ochotę na jedzenie, wciskam je między 10 a 11, staram się popić sokiem z buraka ale są takie dni że sok za nic nie wejdzie.

* Później jest już prościej trochę, o 14 biorę kolejny DUPHASTON, biorę też magnez i prenatal Duo w ciągu dnia, staram się w trakcie posiłków brać suple. Przed obiadem lub przed kolacją wpada kolejna dawka FLORADIXu.

* O 20 zwykle już chodze w piżamce, o 21 wkladam kolejne dwie tabletki luteiny, stram się zjeść surowe warzywa i owoce, żeby złagodzić zaparcia ale o tym w innym poście.

* O 22 biorę ostatni DUPHASTON, i muszę jeszcze trochę się przemęczyć żeby wziąć około 23 ACARD, żeby miał odstęp od duphastonu. Zwykle po 22 zasypiam na kanapie, acard mam na stoliku nocnym i biorę jak sie przenoszę do sypialni.

Uh, taka krótka historia miała być… cóż. Tak właśnie wygląda wysypianie się w ciąży 😅

Historia.

Czyli w skrócie jak się zaczęło, to co trwa do dziś.

Jako młoda osoba nigdy nie czułam potrzeby poważnego związku, założenia rodziny, zapuszczenia korzeni. Jednak (dokładnie tak jak przwidziała moja matula) z wiekiem sporo się zmieniło. Poznałam w końcu Pana S., postanowiliśmy wybudować dom na działce w moim rodzinnym zakątku. A w grudniu 2019 roku, spontaniczną decyzją Pana S. rozpoczęliśmy starania o dziecko.

Bez presji, bez pośpiechu, bez nacisku. Całkowicie na luzie. Tak przynajmniej mi się wydawało, bo to co działo się w mojej głowie było zupełnie inne. Szczerze zazdroszczę mężczyznom i niektórym kobietom tej zdolności wrzucania na luz, myślenia „co ma być to będzie”, nie przejmowania się niczym. Po pierwszej  nieudanej próbie było mi poprostu smutno. Tak całkiem zwyczajne smutno. Ale no przecież  nie wszystkim udaje się za pierwszym razem, prawda?

Pierwsze dwie kreski zobaczyłam w marcu 2020. Potwierdzone betą z krwi która wynosiła około 70. Rozpierała mnie radość, a Pan S. Był trochę w szoku :). Wyczytałam w internetach, że betę należy powtórzyć po 48h. Chodziłam cała w skowronkach. Teraz jak o tym myślę to był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy poczułam taką pełnię szczęścia. Endorfiny dosłownie zalały moje ciało.

Druga beta wynosiła około 20.

Moja pierwsza myśl oczywiście była związana z tym że jest coś nie tak. Nie wiedziałam co mam zrobić. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Zadzwoniłam na Izbę Przyjęć i kazali przyjechać. Siedząc 2 godziny na korytarzu i czekając na lekarza, przeczytałam wszystkie możliwe posty związane ze spadkiem HCG. Od ciąży bliźniaczej, w której jeden zarodek obumiera, do ciąży biochemicznej o której wtedy po raz pierwszy się dowiedziałam.

Lekarka po badaniu usg przezpochwowym, potwierdziła brak pęcherzyka ciążowego w macicy. Myślę, że to usg zrobiła ze swojej dobrej woli, bo równie dobrze mogła mnie „spuścić na drzewo” i powiedzieć, że mam iść do domu i wrócić za 2 tygodnie jak nie pojawi się miesiączka. Zamiast tego powiedziała że czesto takie rzeczy się dzieją, żebym nie brała tego do siebie, że można dalej starać się od razu.

Wychodząc z gabinetu, na samym początku towarzyszyło mi jedno uczucie. Wstyd. Czułam wstyd myśląc o sobie jako o osobie dorosłej, prawie 30sto letniej, która nie wiedziała o takich podstawowych rzeczach. O tym, że pozytywny test ciążowy wcale nie musi oznaczać ciąży. Później zalała mnie fala smutku, żalu, rozczarowania, złości, gniewu i frustracji, która nie odpuszczała na dobre kilka miesięcy. W następnym dniu mój organizm zaczął się oczyszczać. Przeczytałam wiele różnych stron, opini o tym, że jest to trochę mocniejsza miesiączka. Teoria. Ból był okropny, a potęgował go ból psychiczny. Krwi było dużo, więcej niż podczas mojej standardowej miesiączki. Przez 3 dni raczyłam się tabletkami z tramadolem gdzie zwykle biorę pół tabletki pierwszego dnia okresu. Rzeczywiście nie wiedząc o tym, że w moim organizmie doszło do zaplodnienia, mogłabym to potraktować jako spóźnioną, niemożliwe upierdliwą miesiaczkę, o której pewnie wspominiałabym ginekologowi na kontroli. Jednak świadomość tego, że z mojego organizmu jest wydalane zapłodnione jajeczko, które prawdopodobnie było poprostu zepsute, naprawdę zmiała wszystko.

Do kolejnych dwóch kresek czekałam do końcówki października 2020 roku. Ciężko opisać to co działo się w mojej głowie w okresie od marca do października. Przez pewien okres byłam w fazie gniewu, moje relazje z Panem S. Się widocznie pogoryszły, wybuchałam przy każdej możliwej okazji, nie potrafiłam kontrolować emocji, wystarczyła iskra a one się ze mnie wylewały jak lawa z buchającego ogniem wulkanu. Nie potrafiłam się pogodzić z tym, mimo wiedzy że zdarza sie to tak często wg statystyk, praktycznie codziennie wertowałam Internet w poszukiwaniu przyczyny, szukałam w sobie przyczyny, w swoim zachowaniu, trybie życia, we wszystkim. Nic dziwnego więc że kiedy zobaczyłam kolejne dwie kreski, nie czułam radości, tylko strach i niepewność.

Pierwsza beta wynosiła 20.

To był pierwszy powód, który zasiał w moim mózgu niepewność. Uzasadnioną zresztą, bo druga beta wynosiła tylko 30. Przyrost był za niski. Czekałam więc na kolejne oczyszczanie związane z falą bólu,który tak bardzo znałam (towarzyszył mi każdego dnia). Ale krwawienie się nie pojawiło.

Skorzystałam z wizyty u ginekologa, który zasiał malutkie ziarenko nadziei. „Proszę nie patrzeć na badania krwi, poczekamy 2 tygodnie”. Dostałam luteinę dopochwową. „Proszę myśleć pozytywnie. „

Przez cały ten okres plamiłam. Po 1.5 tyg zrobiłam kolejną betę, wynosiła tylko 50. Byłam już pewna że nic z tego, odstawiłam luteinę. Ginekolog potwierdził, „Przykro mi”. Po kilku dniach zaczęło się oczyszczanie… o niebo gorsze od pierwszego… trwało dłużej, było bardziej bolesne, było go okropnie dużo, skrzepy były ogromne. Ból był nieporównywalny z żadnym innym jakiego doznałam w życiu.

Myślę że to był moment w moim życiu kiedy nie przestałam walczyć, ale w którym straciłam całkiem nadzieję i radość zwykłych codziennych rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle. Wiem że jest dużo kobiet, które tracą Aniołki w późniejszym okresie, zdaję sobie sprawę z tego, że ich ból jest nieporównywalny z moim. Szczerze współczuję każdej kobiecie, która straciła Aniołka. Znam osobiście takie osoby, i wiem że takie coś zmienia ich życie już na zawsze. Powtarzałam sobie każdego dnia że przecież inni mają gorzej. Ale to nie pomagało.

Na początku stycznia trafiłam na konsultacje do innej lekarki, moj poprzedni lekarz zakończył współpracę z placówką, w której moja firma miała wykupiony pakiet medyczny. Opowiedziałam jej moją historię, trochę z dystansem, przecież wertując internet przeczytałam milion postów mówiących o tym, że lekarze ciąży biochemicznej nie traktują poważnie. Chciałam zrobić przede wszytskim badania, sprawdzić co tam jest nie tak. Poznać przyczynę.

Moim najwiekszym zdziwieniem był fakt, iż bardzo miła i sympatyczna Pani ginekolog, po wysłuchaniu mnie, powiedziała dwa słowa które zapadły mi mocno w pamięć.

Poronienia nawykowe. „Jest Pani od dziś traktowana jako pacjentka z poronieniami nawykowymi.”

Wdrożyła acard 150 od razu, duphaston po owulacji (w dniu wizyty pęcherzyk był już spory, wyglądało na to że jeżeli pęknie to pęknie w ciagu 3 dni). „I proszę działać, cały weekend.”

Skierowała mnie również na konsultacje genetyka, który zalecił badania naszych kariotypów i dodatkowo w moim przypadku badania zwiazane z genami opowiedzialnymi za krzepliwość krwi (trombofilie, zaburzenia zakrzepowo- zatorowe i te rzeczy). Badania na które namówiła mnie koleżanka z pracy, bo szczerze to robić ich wcale nie chciałam. „Bo po co?”Nie czułam motywacji, nie czułam potrzeby. Przekonało mnie jej jedno zdanie. „Zrób to dla siebie, nie dla dziecka. Dla Swojego zdrowia i długiego życia”.

Z początkiem lutego, około 12 dni po domniemanej owulacji zrobiłam 3 testy ciążowe. Wszystkie byly pozytywne. Testy byly różnych firm. Nie przesadnie ale ucieszyłam się. Po 3 dniach zrobiłam betę. Wynik >5.

I to był moment zwrotny w moim życiu. Wtedy powiedziałam sobie dosyć. Więcej nie dam rady unieść. Może jestem słaba, pewnie tak. Ale nie dam rady. Nie chcę. Koniec bólu, koniec myślenia, oczywiście – nie koniec starań – ale koniec nadziei. Zablokowałam w sobie uczucia zwiazane z nadzieją. Poczułam się pusta jak wydmuszka. Nie czułam nic. Ani żalu, ani gniwu, poprostu nic. I tak mi było dobrze.

I z tą właśnie pustką żyłam do 5go marca. Piątek. Ranek. W lodówce schłodzona butelka przedobrego wina białego wytrawnego, które czekało na wieczór.

I wtedy coś mnie tknęło. Coś w środku powiedziało mi, „zrób test, bo to wino jest zbyt dobre żeby mieć po nim wyrzuty sumienia.” Było około 12 dni po owulacji.

I wtedy właśnie zobaczyłam na teście dwie wyraźne kreski, które rosną pod moim sercem do dziś. A moje pyszne wino oddałam mamie 🤷‍♀️

Nie nastawiajcie się na to że później już było pieknie i kolorowo, bo niestety życie pisze inne scenariusze niż byśmy tego chcieli… ale o tym już niedługo:)

#ciążabiochemiczna #poronienianawykowe #planowanieciąży #staraniaodziecko #betahcg #mutacjegentyczne

Przywitajka.

Cześć.

Jestem Panna M., mam 31 lat.
Moje pragnienie noszenia pod sercem najpiękniejszego cudu świata, w marcu tego roku zostało spełnione [na dłużej niż 6 tygodni, ale o tym w innym poście 😉 ].
Jednak. Blog powstał z powodu kilku trudnych przeżyć związanych z tą ciążą (a pamiętajcie – ciąża ciąży nie równa) i jej wcześniejszym planowaniem. Są rzeczy których się nie spodziewałam, są sprawy o których nikt mi nie powiedział, są rzeczy których nikt nie rozumie, nawet ja sama, są uczucia których nigdy wcześniej nie doświadczyłam, i takie których nie chciałam nigdy poczuć. Uczę się swojego ciała, tego jak reaguje na rosnące we mnie szczęście, którym niestety mimo wielkiej chęci, rzadko dane jest mi się cieszyć. Ale o tym i o wielu innych sprawach, tych przyjemnych i tych mniej przyjemnych, będę pisać w kolejnych postach.

Zapraszam niedługo 🙂

#ciąża #9miesięcy #pregnancy #przywitanie #woczekiwaniu #mamaporazpierwszy