Obudziłam się w poniedziałek z plamieniem/podkrwawianiem, 3/4 nocy chodziłam po domu, nie mogłam spać, miałam koszmary, byłam wykończona. Nie jestem pewna czy bardziej psychicznie czy fizycznie, ale poprostu wykończona. Wory pod oczami, szara skóra, ciężki oddech, bolesność ciała jak przy grypie, brak apetytu. Na szczęście we wtorek miałam wizytę u mojego lekarza prowadzącego, więc musiałam wytrzymać tylko jeszcze jedną dobę, żeby zobaczyć czy moja kruszyna ma się dobrze.
Mój psi psijaciel leżał rankiem ze mną na kanapie, ale mimo strachu, wiedziałam że muszę z nią wyjść. Wyjść nie tylko po to, żeby sobie pobiegała i załatwila toaletę. Musiałam wyjść z domu, odetchnąć powietrzem, uspokoić myśli, dotlenić mózg. Chodziłam po lesie, spokojnym krokiem, głaszczac brzuch i mówiąc sobie że Nasz okruszek jest silny i da radę, że jak przetrwamy do 12go tygodnia, to juz będzie łatwiej, już bedę mogła zacząć się cieszyć. Pierwsze badania prenatalne były taką magiczną datą, po której już wszystko miało być w porządku. Ryzyko utraty ciąży po 12 tygodniu znacznie maleje, tymbardziej jak wynik badań prenatalnych jest dobry. Szczerze liczyłam na to że po 5tym maja, po badaniach jak wyjdą dobrze, będzie już tylko dobrze. Bardzo na to liczyłam, niestety, za bardzo.
Przez kolejne 10 dni, po wizycie w szpitalu, ciągle ktoś mi pomagał. Mama myła okna, Pan S robił zakupy a jak już chciałam jechać sama to jechał ze mną ktoś kto dźwigał torby. Czułam się strasznie wybrakowana, przestałam być samodzielna, byłam zależna od innych. I wiem że pomoc mi, nikomu nie sprawiała problemu, ale proszenie się ciągle kogoś o pomoc, było cieżkie. Dla mnie. Jestem wychowana na osobę bardzo samodzielną, rodzice zadbali o to żebym umiała radzić sobie sama, mam swój samochód, większość rzeczy zwiazana z domem robiłam sama, oczywiście poza typowo męskimi zadaniami, które leżą w gesti Pana S. Ale bardzo lubiłam mu pomagać, malować, składać meble, wiercić krecić śrubki etc. Poprostu to lubię, lubiłam bardzo w sobie to że nie muszę dzwonic do niego jak przepali się żarówka albo poluzuje się uchwyt szafki, czy trzeba dolać oleju do samochodu, albo jak potrzebowałam ziemię do kwiatków, takie rzeczy mogłam zrobić sama. Nie musiał rzucać wszystkiego i jechac po 20L ziemi bo chcę przesadzic kwiatki. Wsiadałam w auto, kupowałam i przesadzałam moje roślinki. Gdy zaszłam w ciążę, gdy pojawiły się problemy, okazało się, że nie powinnam sama robić zakupów bo nie powinnam dźwigać, nie mogę umyć okien, złożyć nowej szafki rtv zanim on wróci z pracy, nawet kurier mi wrzucał do przedsionka domu paczki, albo czekały na schodach aż ktoś je wniesie. To była kolejna rzecz, która powodowała że czułam się ograniczona, wybrakowana, zależna od innych. Ale, dla Naszej kruszynki, wiedziałam, że przetrwam wszystko.
4go maja, dzień przed badaniami prenatalnymi, moja psia córka miła zabieg usunięcia narzadów rodnych. Rano ją zawieźliśmy, zrobiłam z kuzynką zakupy, po południu odebraliśmy. S miał tego dnia wolne. Znowu plamiłam, dlatego pilnowałam, żeby cały dzień nic nie dźwigać. Wieczorem znowu pojawiła się krew, spora ilość…. Kolejny raz trafiłam na Izbę Przyjęć. Chyba tym razem już trochę chłodniej do tego podeszłam. Byłam w takim zawieszeniu, ciągle tylko czekałam na 5go maja jak na „zbawienie”. Lekarz nie potrafił zlokalizować skąd wzięło się krwawienie. Wyglądało na kolejny epizod, więc miałam wrócić do domu, leżeć i pojawić się w szpitalu, jeśliby krwawienie się pogorszyło. Tak też zrobiłam. Odpoczywałam z moją pooperacyjną psitulanką, i czekałam na kolejny dzień. Dzień badań prenatalnych.
Środa, 5ty maja, badania mieliśmy zaplanowane na rano. Pierwsze usg na które mogliśmy wejść razem, S w końcu mógł zoabczyć nasz mały skarb. Mówił że się nie stresuje, ale widziałam że był spięty. Badanie trwało około 20stu minut. Pani doktor była bardzo dokładna, Kruszyna ważyła wtedy 58 gram ❤ pieknie machała rączkami i nóżkami, serduszko biło mocno, tak jak powinno. Na podstawie pomiarów z usg, okruszek wypadł wzorowo, pobrali mi również krew, i dokładniejsze wyniki miały przyjść mailem za dwa tygodnie.
Kamień spadł mi z serca. Usłyszeć że jest wszystko idealnie było tak piekne, że nie potrafiłam się nie uśmiechać. Niestety nie obyło się bez gorszych informacji związanych ze mną. Były krwiaki, łożysko na tym etapie i przez kolejne 4 tygodnie miało zostać nisko, a rozrzedzona krew przez leki i pękające naczynka były ciągle zagrożeniem. Usłyszałam że powinnam zrezygnować nawet ze spacerów z psem. Powinnam głównie leżeć. Ale to już nie było ważne. Najważniejszy był fakt, że nasze dziecko rośnie i rozwija się książkowo.
Powiedziałam koleżanką z pracy które już się domyślały powoli, i najbliższym znajomym. Nie miałam zbyt wielu osób którym chciałam od razu mówić, ale była taka grupa osób, z którym byliśmy często w kontakcie, i przed którymi ciężko było udawać. Wróciliśmy do domu, mama czekała na nas, opiekowała się moją pooperacyjną psitulanką. Ucieszyła się oglądając zdjęcia. Wszyscy się ucieszyli, że było wszystko OK.
S. pojechał do pracy. Razem z moją chrzestną, pojechałam z psiakiem na kontrolę po operacji. Wrociłam do domu, ciocia kazała mi się od razu położyć, wypuściłam psiaka na siku przed drzwiami, i się położyłam. Przepełniało mnie szczeście, radość. W końcu były dobre wieści. W końcu miałam powód do uśmiechu.
Na kanapie leżałam może z półtorej godziny, pózniej wstałam. I wtedy to się stało.
Poczułam krew. Ale nie tak jak dzień wcześniej czy 10 dni wcześniej. Poczułam się jakbym dostała okres. Po pionizacji ciała, krew która gdzieś tam w moim wnętrzu się sączyła, poprostu wylała się ze mnie. Przerażenie, strach i wyrzuty sumienia. Po co się cieszyłam? Po co ? Żeby znowu cierpieć?
Szybki prysznic. Telefon do S,telefon do mamy, szybkie pakowanie. Ostatnia podpaska z szuflady, miałam zakodowane że muszę zatrzymać się w sklepie po paczkę, nie byłam na to przygotowana. Na nic nie byłam przygotowana.

