Dziecko zdrowe, ale inkubator zepsuty – czyli trochę o lekach i chorobach.

Trochę odbiegnę od tematów strikte związanych z moją ciażą, i przeżyciami jej toważyszącymi, żeby nakreslić w jakimś niekoniecznie dużym stopniu, problemy zdrowotne z którymi od jakiegoś czasu sobie żyję.

Cieżko w sumie zacząć, bo trochę tego jest 😬 ale może od poczatku.

Dolegliwość nr 1: Astma+alergia

Astma oskrzelowa na tle wysiłkowym, zdiagnozowana u mnie jak miałam 6/7lat, plus do tego alergia … Na pyłki, trawy, kurz, sierść kota i innych zwierząt (ale na psią nie). Większość dzieciństwa przyjmowałam leki rozkurczowe, sterydowe, antyhistaminowe, no sporo tego było. Gdzieś w okolicach 18 lat, astma odpuściła, na tyle żebym przyjmowała tylko przy większym wysiłku fizycznym wziewne leki rozkurczowe, z alergią nauczyłam się poprostu żyć i tak było do roku 2018. Gdzie z własnej głupoty (🤦‍♀️) z niedoleczonym zapaleniem zatok pracowałam, a moja praca czesto przebiega przez magazyn, więc kursowałam między  temperaturami 23 stopni a 15 stopni…. w krótkim rękawku, na NLPZ’ach, cała spocona zeby zdążyć…mówiłam już że nawrót astmy spowodowała głupota ? Tak więc, od końcówki 2018 roku wróciłam na sterydy, tyle dobrze że wziewne, ale mimo wszystko…. Więc od wtedy jest ze mną budezonid i oxodil, na początku były codziennie, teraz przyjmuje tylko przy zaostrzeniach. Nie byłam w ciąży nawet u alergologa jeszcze 🤷‍♀️🤦‍♀️ po pierwszych dwóch kreskach miałam teleporadę, i Pani alergolog stwierdziła że można tak brać te leki w zaostrzeniach. Dodatkowo przeczytałam kilka publikacji dotyczących kobiet w ciąży chorych na astmę i wszystkie jednogłośnie mówią że budezonid jest lekiem rekomendowanym, a jak on nie pomaga to raz na ruski rok wezmę oxodil. Plus. Najważniejsze w ciąży jest dotlenienie płodu. Więc i matka musi być odpowiednio dotleniona. Nie krzyczcie. Mam zaplanowaną wizytę kontrolna u alergologa, w końcu można iść normalnie bo wcześniej to wszystko przez telefon chcieli załatwiać…

Dolegliwość nr 2: Otototo Hashimoto + niedoczynność tarczycy.

Rok 2018 był rokiem bardzo ciężkim, miałam wypadek w pracy, Pan S miał nieciekawą kraksę samochodową, na szczeście jemu nic sie nie stało ale samochód mocno do zrobienia, choroba nowotworowa odebrała życie mojemu kochanemu wujkowi, powrót do pracy po zwolnieniu lekarskim wypadkowym był bardzo ciężki (myślisz że znasz ludzi z którymi pracujesz X lat a na końcu się okazuje że i tak wszyscy Ci 4 litery obrobią…). Nagle zaczęły mi lecieć włosy garściami, poprostu wypadały, w ogromnych ilosciach. Na lewej stronie głowy pojawiły się prześwity skóry. Było tragicznie. Nigdy nie miałam bujnej czupryny, włosy zawsze były moim największym kompleksem a teraz jeszcze prawie ich nie było. Zaczełam szukać przyczyny, a im dłużej szukałam tym mój ogólny stan się pogarszał. Przestałam sypiać, dosłownie dopadła mnie taka bezsenność, że potrafiłam kilka dni z rzędu chodzić pół nocy i oglądać tv bo sen nie przychodził. Brak snu potęgował ogólny zły stan psychiczny i fizyczny. Byłam wykończona, rozdrażniona, nie dało się ze mną rozmawiać, wpadałam z histeri w furię, rzucałam telefonem z irytacji, nie funkcjonowałam wcale. Naprawdę nie nadawałam się do współżycia z innymi ludźmi. Dodatkowo waga zaczeła mi szybować w górę. Puchłam od patrzenia na jedzenie, a jadłam mniej żeby nie tyć. Było ze mną źle. Aż w końcu dermatolog patrząc na skórę mojej głowy zapytała o tarczycę. TSH miałam w normie, nie idealne ale w normie. A ona powiedziała że „TSH nie wskazuje na nic, trzeba zbadać ft3, tf4 i przeciwciała”. I tak jakoś po 4 miesiącach męki wyszło hashimoto i niedoczynność. Dostałam euthyrox, na początku w bardzo małej dawce. Ale źle go tolerowałam i przeszłam na letrox. Endokrynolog powiedziala że mam się pogodzić z tym, że do końca życia będę przyjmować hormony. Trochę załamka, ale przynajmniej wiedziałam co mi jest i jak z tym walczyć. Więc wspaniały rok 2018, i cały zgromadzony stres, musiał uaktywnić w moim organizmie super gen Hashimoto. No poprostu BOMBA.

Dolegliwość nr 3: hiperprolaktynemia.

Z tą „Panią” miałam małą styczność ale jednak. Od jakiś 3 lat miałam nieregularne cykle. Ale po ciąży biochemicznej to dopiero się zaczęło dziać. Rozrzut w długości cyklu od 25 dni do 45. Wszedł dostinex, cykle się unormowały do kolejnej ciąży biochemicznej. Pamiętam że endokrynolog nie chciała wracać do dostinexu, dopóki PRL nie bedzie utrzymywała się powyżej normy jakiś czas. Ale miałam 2 tabletki ostatnie (a kosztują naprawdę sporo). Wziełam pół w cyklu grudniowym (po listopadowej CB) i pół w cyklu lutowym, wtedy też podejrzewałam że mogło dojść do zapłodnienia w styczniu. Jakoś 12 dni po owulacji (miałam monitoring, jeden jedyny raz w życiu) zrobiłam test, ba, zrobiłam 3 testy różnych firm. I na każdym były 2 kreski. Beta 3 dni później wynosiła <5, nie chciało mi sie wierzyć, że 3 testy z niezależnych firm, kupione w innych miejscach mogą mnie oszukać. Dostałam okres 9go lutego i wzięłam pół dostinexu (badanie krwi wykazało że PRL powyżej normy a naprawdę nie chiałam kolejnego cyklu 40sto kilķo dniowego. I to była moja ostatnia miesiączka.

Dolegliwość nr 4: mutacje MTHFR i Pai1

5 marca w dniu w którym zrobiłam test ciążowy, przyszły wyniki badań genetycznych. I te dwie Panie mutacje się w wynikach pokazały. Dopiero po zrobieniu tych testów genetycznych zaczełam analizować moje korzenie. Nie znałam dziadków,oboje zmarli w młodym wieku z powodów krążeniowych, babcia cierpiała na zakrzepowe zapalenie żył, ciocia na trombofilię, powoli docierało do mnie, że prawdopodobieństwo, że ja też mogę mieć takie geny jest całkiem spore. Od stycznia byłam na acardzie dawka 150, ginekolog do której wtedy chodziłam, zapobiegawczo wdrożyła acard w trakcie starań. Zastrzyki z fraxiparyny, pózniej zmienione na neoparin, dostałam od lekarza do którego trafiłam z plamieniem, 16go marca. I tak od tamtej pory się kłuję w brzuch 🤷‍♀️

Dolegliwość nr 5: Anemia.

Pojawiła się jakoś około 20go tygodnia. Czułam że coś się dzieje. Drugi trymestr leciał, miałam mieć więcej energi i ochoty to życia. Tymaczem zawroty głowy i bladość skóry, większa niż dotychczas, zdradzały że coś jest nie tak. Czułam że zawroty głowy to nie wina niskiego ciśnienia. Widziałam to w mojej bladej twarzy i ustach. Paradoklasnie patrząc w lustro czułam się piękna. Zrobiłam morfologię przy okazji kontroli tsh i ft4. Hemoglobina, hematokryt i krwinki poniżej normy. Próbowałam nadrobić to burakami, warzywami. Przyjmowałam też prenatal duo a w nim jest żelazo, na ulotce jest napisane żeby nie brać dodatkowo żelaza. Ale po dwóch tygodniach było gorzej. I wtedy wleciał niemiecki specyfik na krew, który jeszcze miałam po zmarłej babci, a tydzień później już Floradix.

Dolegliwość nr 6 : podtrzymanie ciąży

Chyba nie można nazwać tego dolegliwością, ale nic innego konkretnego mi do głowy nie przyszło 😅🤷‍♀️

Na podtrzymanie biorę duphaston 3×1, luteinę 2×2(najpierw pod język teraz dopochwowo). Duphaston zaczęłam brać po pozytywnym teście, luteinę wdrożył mi lekarz przy plamieniach. Dawki były modyfikowane w ostatnich pięciu miesiacach, ale nie zostały zmniejszone.

Podsumowują, tak wygląda moje wysypianie się w ciąży (kiedy wszyscy w kółko powtarzają – śpij póki możesz ! 😑 ) :

* Około 3/4 rano zawsze budzę się na siku. Nie ma opcji żebym się nie obudziła. Zanim byłam w ciąży też o tej porze wstawałam siku. Taki mam zegar biologiczny najwidoczniej. O tej porze zażywam LETROX 100.

* Na 6 rano mam budzik – czas na DUPHASTON – nie można go łączyć z letroxem. Czasem jak się przebudzę to biorę go po 5, zależy jak mnie ptaszki obudzą.

* O 8:30 mam kolejny budzik. Robię kawę i o 9 wkładam do pochwy 2 taletki LUTEINY. Wolę tę dopochwową, podjęzykowa jest niesmaczna tak z rana.

* Po 9 robię zastrzyk NEOPARIN. W najgorszym okresie mój brzuch wyglądał tak:

* Około 9:30 piję pierwszą dawkę FLORADIXU Z ŻELAZEM, trzeba tutaj mieć odstęp od letroxu i pić go 30 min przed posiłkiem. Z reguły po takiej dawce wszystkiego niezbyt mam ochotę na jedzenie, wciskam je między 10 a 11, staram się popić sokiem z buraka ale są takie dni że sok za nic nie wejdzie.

* Później jest już prościej trochę, o 14 biorę kolejny DUPHASTON, biorę też magnez i prenatal Duo w ciągu dnia, staram się w trakcie posiłków brać suple. Przed obiadem lub przed kolacją wpada kolejna dawka FLORADIXu.

* O 20 zwykle już chodze w piżamce, o 21 wkladam kolejne dwie tabletki luteiny, stram się zjeść surowe warzywa i owoce, żeby złagodzić zaparcia ale o tym w innym poście.

* O 22 biorę ostatni DUPHASTON, i muszę jeszcze trochę się przemęczyć żeby wziąć około 23 ACARD, żeby miał odstęp od duphastonu. Zwykle po 22 zasypiam na kanapie, acard mam na stoliku nocnym i biorę jak sie przenoszę do sypialni.

Uh, taka krótka historia miała być… cóż. Tak właśnie wygląda wysypianie się w ciąży 😅

Historia.

Czyli w skrócie jak się zaczęło, to co trwa do dziś.

Jako młoda osoba nigdy nie czułam potrzeby poważnego związku, założenia rodziny, zapuszczenia korzeni. Jednak (dokładnie tak jak przwidziała moja matula) z wiekiem sporo się zmieniło. Poznałam w końcu Pana S., postanowiliśmy wybudować dom na działce w moim rodzinnym zakątku. A w grudniu 2019 roku, spontaniczną decyzją Pana S. rozpoczęliśmy starania o dziecko.

Bez presji, bez pośpiechu, bez nacisku. Całkowicie na luzie. Tak przynajmniej mi się wydawało, bo to co działo się w mojej głowie było zupełnie inne. Szczerze zazdroszczę mężczyznom i niektórym kobietom tej zdolności wrzucania na luz, myślenia „co ma być to będzie”, nie przejmowania się niczym. Po pierwszej  nieudanej próbie było mi poprostu smutno. Tak całkiem zwyczajne smutno. Ale no przecież  nie wszystkim udaje się za pierwszym razem, prawda?

Pierwsze dwie kreski zobaczyłam w marcu 2020. Potwierdzone betą z krwi która wynosiła około 70. Rozpierała mnie radość, a Pan S. Był trochę w szoku :). Wyczytałam w internetach, że betę należy powtórzyć po 48h. Chodziłam cała w skowronkach. Teraz jak o tym myślę to był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy poczułam taką pełnię szczęścia. Endorfiny dosłownie zalały moje ciało.

Druga beta wynosiła około 20.

Moja pierwsza myśl oczywiście była związana z tym że jest coś nie tak. Nie wiedziałam co mam zrobić. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Zadzwoniłam na Izbę Przyjęć i kazali przyjechać. Siedząc 2 godziny na korytarzu i czekając na lekarza, przeczytałam wszystkie możliwe posty związane ze spadkiem HCG. Od ciąży bliźniaczej, w której jeden zarodek obumiera, do ciąży biochemicznej o której wtedy po raz pierwszy się dowiedziałam.

Lekarka po badaniu usg przezpochwowym, potwierdziła brak pęcherzyka ciążowego w macicy. Myślę, że to usg zrobiła ze swojej dobrej woli, bo równie dobrze mogła mnie „spuścić na drzewo” i powiedzieć, że mam iść do domu i wrócić za 2 tygodnie jak nie pojawi się miesiączka. Zamiast tego powiedziała że czesto takie rzeczy się dzieją, żebym nie brała tego do siebie, że można dalej starać się od razu.

Wychodząc z gabinetu, na samym początku towarzyszyło mi jedno uczucie. Wstyd. Czułam wstyd myśląc o sobie jako o osobie dorosłej, prawie 30sto letniej, która nie wiedziała o takich podstawowych rzeczach. O tym, że pozytywny test ciążowy wcale nie musi oznaczać ciąży. Później zalała mnie fala smutku, żalu, rozczarowania, złości, gniewu i frustracji, która nie odpuszczała na dobre kilka miesięcy. W następnym dniu mój organizm zaczął się oczyszczać. Przeczytałam wiele różnych stron, opini o tym, że jest to trochę mocniejsza miesiączka. Teoria. Ból był okropny, a potęgował go ból psychiczny. Krwi było dużo, więcej niż podczas mojej standardowej miesiączki. Przez 3 dni raczyłam się tabletkami z tramadolem gdzie zwykle biorę pół tabletki pierwszego dnia okresu. Rzeczywiście nie wiedząc o tym, że w moim organizmie doszło do zaplodnienia, mogłabym to potraktować jako spóźnioną, niemożliwe upierdliwą miesiaczkę, o której pewnie wspominiałabym ginekologowi na kontroli. Jednak świadomość tego, że z mojego organizmu jest wydalane zapłodnione jajeczko, które prawdopodobnie było poprostu zepsute, naprawdę zmiała wszystko.

Do kolejnych dwóch kresek czekałam do końcówki października 2020 roku. Ciężko opisać to co działo się w mojej głowie w okresie od marca do października. Przez pewien okres byłam w fazie gniewu, moje relazje z Panem S. Się widocznie pogoryszły, wybuchałam przy każdej możliwej okazji, nie potrafiłam kontrolować emocji, wystarczyła iskra a one się ze mnie wylewały jak lawa z buchającego ogniem wulkanu. Nie potrafiłam się pogodzić z tym, mimo wiedzy że zdarza sie to tak często wg statystyk, praktycznie codziennie wertowałam Internet w poszukiwaniu przyczyny, szukałam w sobie przyczyny, w swoim zachowaniu, trybie życia, we wszystkim. Nic dziwnego więc że kiedy zobaczyłam kolejne dwie kreski, nie czułam radości, tylko strach i niepewność.

Pierwsza beta wynosiła 20.

To był pierwszy powód, który zasiał w moim mózgu niepewność. Uzasadnioną zresztą, bo druga beta wynosiła tylko 30. Przyrost był za niski. Czekałam więc na kolejne oczyszczanie związane z falą bólu,który tak bardzo znałam (towarzyszył mi każdego dnia). Ale krwawienie się nie pojawiło.

Skorzystałam z wizyty u ginekologa, który zasiał malutkie ziarenko nadziei. „Proszę nie patrzeć na badania krwi, poczekamy 2 tygodnie”. Dostałam luteinę dopochwową. „Proszę myśleć pozytywnie. „

Przez cały ten okres plamiłam. Po 1.5 tyg zrobiłam kolejną betę, wynosiła tylko 50. Byłam już pewna że nic z tego, odstawiłam luteinę. Ginekolog potwierdził, „Przykro mi”. Po kilku dniach zaczęło się oczyszczanie… o niebo gorsze od pierwszego… trwało dłużej, było bardziej bolesne, było go okropnie dużo, skrzepy były ogromne. Ból był nieporównywalny z żadnym innym jakiego doznałam w życiu.

Myślę że to był moment w moim życiu kiedy nie przestałam walczyć, ale w którym straciłam całkiem nadzieję i radość zwykłych codziennych rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle. Wiem że jest dużo kobiet, które tracą Aniołki w późniejszym okresie, zdaję sobie sprawę z tego, że ich ból jest nieporównywalny z moim. Szczerze współczuję każdej kobiecie, która straciła Aniołka. Znam osobiście takie osoby, i wiem że takie coś zmienia ich życie już na zawsze. Powtarzałam sobie każdego dnia że przecież inni mają gorzej. Ale to nie pomagało.

Na początku stycznia trafiłam na konsultacje do innej lekarki, moj poprzedni lekarz zakończył współpracę z placówką, w której moja firma miała wykupiony pakiet medyczny. Opowiedziałam jej moją historię, trochę z dystansem, przecież wertując internet przeczytałam milion postów mówiących o tym, że lekarze ciąży biochemicznej nie traktują poważnie. Chciałam zrobić przede wszytskim badania, sprawdzić co tam jest nie tak. Poznać przyczynę.

Moim najwiekszym zdziwieniem był fakt, iż bardzo miła i sympatyczna Pani ginekolog, po wysłuchaniu mnie, powiedziała dwa słowa które zapadły mi mocno w pamięć.

Poronienia nawykowe. „Jest Pani od dziś traktowana jako pacjentka z poronieniami nawykowymi.”

Wdrożyła acard 150 od razu, duphaston po owulacji (w dniu wizyty pęcherzyk był już spory, wyglądało na to że jeżeli pęknie to pęknie w ciagu 3 dni). „I proszę działać, cały weekend.”

Skierowała mnie również na konsultacje genetyka, który zalecił badania naszych kariotypów i dodatkowo w moim przypadku badania zwiazane z genami opowiedzialnymi za krzepliwość krwi (trombofilie, zaburzenia zakrzepowo- zatorowe i te rzeczy). Badania na które namówiła mnie koleżanka z pracy, bo szczerze to robić ich wcale nie chciałam. „Bo po co?”Nie czułam motywacji, nie czułam potrzeby. Przekonało mnie jej jedno zdanie. „Zrób to dla siebie, nie dla dziecka. Dla Swojego zdrowia i długiego życia”.

Z początkiem lutego, około 12 dni po domniemanej owulacji zrobiłam 3 testy ciążowe. Wszystkie byly pozytywne. Testy byly różnych firm. Nie przesadnie ale ucieszyłam się. Po 3 dniach zrobiłam betę. Wynik >5.

I to był moment zwrotny w moim życiu. Wtedy powiedziałam sobie dosyć. Więcej nie dam rady unieść. Może jestem słaba, pewnie tak. Ale nie dam rady. Nie chcę. Koniec bólu, koniec myślenia, oczywiście – nie koniec starań – ale koniec nadziei. Zablokowałam w sobie uczucia zwiazane z nadzieją. Poczułam się pusta jak wydmuszka. Nie czułam nic. Ani żalu, ani gniwu, poprostu nic. I tak mi było dobrze.

I z tą właśnie pustką żyłam do 5go marca. Piątek. Ranek. W lodówce schłodzona butelka przedobrego wina białego wytrawnego, które czekało na wieczór.

I wtedy coś mnie tknęło. Coś w środku powiedziało mi, „zrób test, bo to wino jest zbyt dobre żeby mieć po nim wyrzuty sumienia.” Było około 12 dni po owulacji.

I wtedy właśnie zobaczyłam na teście dwie wyraźne kreski, które rosną pod moim sercem do dziś. A moje pyszne wino oddałam mamie 🤷‍♀️

Nie nastawiajcie się na to że później już było pieknie i kolorowo, bo niestety życie pisze inne scenariusze niż byśmy tego chcieli… ale o tym już niedługo:)

#ciążabiochemiczna #poronienianawykowe #planowanieciąży #staraniaodziecko #betahcg #mutacjegentyczne

Przywitajka.

Cześć.

Jestem Panna M., mam 31 lat.
Moje pragnienie noszenia pod sercem najpiękniejszego cudu świata, w marcu tego roku zostało spełnione [na dłużej niż 6 tygodni, ale o tym w innym poście 😉 ].
Jednak. Blog powstał z powodu kilku trudnych przeżyć związanych z tą ciążą (a pamiętajcie – ciąża ciąży nie równa) i jej wcześniejszym planowaniem. Są rzeczy których się nie spodziewałam, są sprawy o których nikt mi nie powiedział, są rzeczy których nikt nie rozumie, nawet ja sama, są uczucia których nigdy wcześniej nie doświadczyłam, i takie których nie chciałam nigdy poczuć. Uczę się swojego ciała, tego jak reaguje na rosnące we mnie szczęście, którym niestety mimo wielkiej chęci, rzadko dane jest mi się cieszyć. Ale o tym i o wielu innych sprawach, tych przyjemnych i tych mniej przyjemnych, będę pisać w kolejnych postach.

Zapraszam niedługo 🙂

#ciąża #9miesięcy #pregnancy #przywitanie #woczekiwaniu #mamaporazpierwszy