Czyli w skrócie jak się zaczęło, to co trwa do dziś.
Jako młoda osoba nigdy nie czułam potrzeby poważnego związku, założenia rodziny, zapuszczenia korzeni. Jednak (dokładnie tak jak przwidziała moja matula) z wiekiem sporo się zmieniło. Poznałam w końcu Pana S., postanowiliśmy wybudować dom na działce w moim rodzinnym zakątku. A w grudniu 2019 roku, spontaniczną decyzją Pana S. rozpoczęliśmy starania o dziecko.
Bez presji, bez pośpiechu, bez nacisku. Całkowicie na luzie. Tak przynajmniej mi się wydawało, bo to co działo się w mojej głowie było zupełnie inne. Szczerze zazdroszczę mężczyznom i niektórym kobietom tej zdolności wrzucania na luz, myślenia „co ma być to będzie”, nie przejmowania się niczym. Po pierwszej nieudanej próbie było mi poprostu smutno. Tak całkiem zwyczajne smutno. Ale no przecież nie wszystkim udaje się za pierwszym razem, prawda?
Pierwsze dwie kreski zobaczyłam w marcu 2020. Potwierdzone betą z krwi która wynosiła około 70. Rozpierała mnie radość, a Pan S. Był trochę w szoku :). Wyczytałam w internetach, że betę należy powtórzyć po 48h. Chodziłam cała w skowronkach. Teraz jak o tym myślę to był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy poczułam taką pełnię szczęścia. Endorfiny dosłownie zalały moje ciało.
Druga beta wynosiła około 20.
Moja pierwsza myśl oczywiście była związana z tym że jest coś nie tak. Nie wiedziałam co mam zrobić. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Zadzwoniłam na Izbę Przyjęć i kazali przyjechać. Siedząc 2 godziny na korytarzu i czekając na lekarza, przeczytałam wszystkie możliwe posty związane ze spadkiem HCG. Od ciąży bliźniaczej, w której jeden zarodek obumiera, do ciąży biochemicznej o której wtedy po raz pierwszy się dowiedziałam.
Lekarka po badaniu usg przezpochwowym, potwierdziła brak pęcherzyka ciążowego w macicy. Myślę, że to usg zrobiła ze swojej dobrej woli, bo równie dobrze mogła mnie „spuścić na drzewo” i powiedzieć, że mam iść do domu i wrócić za 2 tygodnie jak nie pojawi się miesiączka. Zamiast tego powiedziała że czesto takie rzeczy się dzieją, żebym nie brała tego do siebie, że można dalej starać się od razu.
Wychodząc z gabinetu, na samym początku towarzyszyło mi jedno uczucie. Wstyd. Czułam wstyd myśląc o sobie jako o osobie dorosłej, prawie 30sto letniej, która nie wiedziała o takich podstawowych rzeczach. O tym, że pozytywny test ciążowy wcale nie musi oznaczać ciąży. Później zalała mnie fala smutku, żalu, rozczarowania, złości, gniewu i frustracji, która nie odpuszczała na dobre kilka miesięcy. W następnym dniu mój organizm zaczął się oczyszczać. Przeczytałam wiele różnych stron, opini o tym, że jest to trochę mocniejsza miesiączka. Teoria. Ból był okropny, a potęgował go ból psychiczny. Krwi było dużo, więcej niż podczas mojej standardowej miesiączki. Przez 3 dni raczyłam się tabletkami z tramadolem gdzie zwykle biorę pół tabletki pierwszego dnia okresu. Rzeczywiście nie wiedząc o tym, że w moim organizmie doszło do zaplodnienia, mogłabym to potraktować jako spóźnioną, niemożliwe upierdliwą miesiaczkę, o której pewnie wspominiałabym ginekologowi na kontroli. Jednak świadomość tego, że z mojego organizmu jest wydalane zapłodnione jajeczko, które prawdopodobnie było poprostu zepsute, naprawdę zmiała wszystko.
Do kolejnych dwóch kresek czekałam do końcówki października 2020 roku. Ciężko opisać to co działo się w mojej głowie w okresie od marca do października. Przez pewien okres byłam w fazie gniewu, moje relazje z Panem S. Się widocznie pogoryszły, wybuchałam przy każdej możliwej okazji, nie potrafiłam kontrolować emocji, wystarczyła iskra a one się ze mnie wylewały jak lawa z buchającego ogniem wulkanu. Nie potrafiłam się pogodzić z tym, mimo wiedzy że zdarza sie to tak często wg statystyk, praktycznie codziennie wertowałam Internet w poszukiwaniu przyczyny, szukałam w sobie przyczyny, w swoim zachowaniu, trybie życia, we wszystkim. Nic dziwnego więc że kiedy zobaczyłam kolejne dwie kreski, nie czułam radości, tylko strach i niepewność.
Pierwsza beta wynosiła 20.
To był pierwszy powód, który zasiał w moim mózgu niepewność. Uzasadnioną zresztą, bo druga beta wynosiła tylko 30. Przyrost był za niski. Czekałam więc na kolejne oczyszczanie związane z falą bólu,który tak bardzo znałam (towarzyszył mi każdego dnia). Ale krwawienie się nie pojawiło.
Skorzystałam z wizyty u ginekologa, który zasiał malutkie ziarenko nadziei. „Proszę nie patrzeć na badania krwi, poczekamy 2 tygodnie”. Dostałam luteinę dopochwową. „Proszę myśleć pozytywnie. „
Przez cały ten okres plamiłam. Po 1.5 tyg zrobiłam kolejną betę, wynosiła tylko 50. Byłam już pewna że nic z tego, odstawiłam luteinę. Ginekolog potwierdził, „Przykro mi”. Po kilku dniach zaczęło się oczyszczanie… o niebo gorsze od pierwszego… trwało dłużej, było bardziej bolesne, było go okropnie dużo, skrzepy były ogromne. Ból był nieporównywalny z żadnym innym jakiego doznałam w życiu.
Myślę że to był moment w moim życiu kiedy nie przestałam walczyć, ale w którym straciłam całkiem nadzieję i radość zwykłych codziennych rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle. Wiem że jest dużo kobiet, które tracą Aniołki w późniejszym okresie, zdaję sobie sprawę z tego, że ich ból jest nieporównywalny z moim. Szczerze współczuję każdej kobiecie, która straciła Aniołka. Znam osobiście takie osoby, i wiem że takie coś zmienia ich życie już na zawsze. Powtarzałam sobie każdego dnia że przecież inni mają gorzej. Ale to nie pomagało.
Na początku stycznia trafiłam na konsultacje do innej lekarki, moj poprzedni lekarz zakończył współpracę z placówką, w której moja firma miała wykupiony pakiet medyczny. Opowiedziałam jej moją historię, trochę z dystansem, przecież wertując internet przeczytałam milion postów mówiących o tym, że lekarze ciąży biochemicznej nie traktują poważnie. Chciałam zrobić przede wszytskim badania, sprawdzić co tam jest nie tak. Poznać przyczynę.
Moim najwiekszym zdziwieniem był fakt, iż bardzo miła i sympatyczna Pani ginekolog, po wysłuchaniu mnie, powiedziała dwa słowa które zapadły mi mocno w pamięć.
Poronienia nawykowe. „Jest Pani od dziś traktowana jako pacjentka z poronieniami nawykowymi.”
Wdrożyła acard 150 od razu, duphaston po owulacji (w dniu wizyty pęcherzyk był już spory, wyglądało na to że jeżeli pęknie to pęknie w ciagu 3 dni). „I proszę działać, cały weekend.”
Skierowała mnie również na konsultacje genetyka, który zalecił badania naszych kariotypów i dodatkowo w moim przypadku badania zwiazane z genami opowiedzialnymi za krzepliwość krwi (trombofilie, zaburzenia zakrzepowo- zatorowe i te rzeczy). Badania na które namówiła mnie koleżanka z pracy, bo szczerze to robić ich wcale nie chciałam. „Bo po co?”Nie czułam motywacji, nie czułam potrzeby. Przekonało mnie jej jedno zdanie. „Zrób to dla siebie, nie dla dziecka. Dla Swojego zdrowia i długiego życia”.
Z początkiem lutego, około 12 dni po domniemanej owulacji zrobiłam 3 testy ciążowe. Wszystkie byly pozytywne. Testy byly różnych firm. Nie przesadnie ale ucieszyłam się. Po 3 dniach zrobiłam betę. Wynik >5.
I to był moment zwrotny w moim życiu. Wtedy powiedziałam sobie dosyć. Więcej nie dam rady unieść. Może jestem słaba, pewnie tak. Ale nie dam rady. Nie chcę. Koniec bólu, koniec myślenia, oczywiście – nie koniec starań – ale koniec nadziei. Zablokowałam w sobie uczucia zwiazane z nadzieją. Poczułam się pusta jak wydmuszka. Nie czułam nic. Ani żalu, ani gniwu, poprostu nic. I tak mi było dobrze.
I z tą właśnie pustką żyłam do 5go marca. Piątek. Ranek. W lodówce schłodzona butelka przedobrego wina białego wytrawnego, które czekało na wieczór.
I wtedy coś mnie tknęło. Coś w środku powiedziało mi, „zrób test, bo to wino jest zbyt dobre żeby mieć po nim wyrzuty sumienia.” Było około 12 dni po owulacji.
I wtedy właśnie zobaczyłam na teście dwie wyraźne kreski, które rosną pod moim sercem do dziś. A moje pyszne wino oddałam mamie 🤷♀️
Nie nastawiajcie się na to że później już było pieknie i kolorowo, bo niestety życie pisze inne scenariusze niż byśmy tego chcieli… ale o tym już niedługo:)
#ciążabiochemiczna #poronienianawykowe #planowanieciąży #staraniaodziecko #betahcg #mutacjegentyczne