Mój plasterek na zlamane serduszko 🫀🩹

Zawsze chciałam mieć psa. Wychowywałam się z psami, od zawsze były w moim życiu. Mieliśmy się wstrzymać dopóki nie skończymy ogrodu. Ale nalegałam, męczyłam, trułam, narzekałam że jest mi źle…. i tak po wizycie u ginekologa w listopadzie, kiedy potwierdził że ciąża się nie rozwija, i trzeba odstawić progesteron i czekać na oczyszczenie, pan S. Powiedział tak 😅 czego zastając dom cały w pogryzionych kablach z amplitunera, zdarzyło mu się żałować 🤣

Następnego dnia w naszym życiu pojawiła się 8tygodniowa czekoladka Luna.

Wszyscy ją pokochali, ale 90% osób w rodzinie komentowała naszą nową lokatorkę tekstami:” psa na zimę się nie bierze”, „nie macie ogrodu gdzie będzie biegać?”, pogryzie wam wszystko w domu a macie nowe rzeczy”, „kto będzie z nią wychodził jak Was nie będzie?” I tak dalej i tak dalej…

Wpadało mi to jednym uchem, wychodziło drugim. Były z nią problemy owszem, kłóciliśmy się przez nią, owszem i to często, pogryzła parę rzeczy – no tak, w końcu to pies. Luna ma korzenie myśliwskie, lubię ją nazywać rasowym mieszańcem 😅 jej mama była labradorką, a tata cóż, pociupciał i zwiał 🤣 Ostatnio moja przyjaciółka zapytała mnie czy żałuję że najpierw wzięliśmy psa a później pojawi sie dziecko.

I chciałabym żeby cały świat to usłyszał:

Nigdy nie żałowałam, że ją mam, gdyby nie ona to pewnie wylądowałabym u psychiatry, lub w psychiatryku. Nie wiem czy w ogóle zaszłabym w ciążę, gdyby jej nie było. Luna odblokowała mi glowę, dała powód dla którego chciało mi się wstawać z łóżka, roztopiła moje skute lodem pełne żalu serce. Mimo problemów które z nią się pojawiły (Luna jest bardzo reaktywna i temperamentna, potrzebuje dużo ruchu, zajęć, ćwiczeń posłuszeństwa ) nigdy w życiu bym jej nie oddała, a jak ona zniknie z mojego życia to moje serducho pęknie na pół.

Od dnia w którym się pojawiła w naszym życiu, moje myśli krażyły głownie wokół niej. Szczepienia, jak szkolić, jak wychowywać, socjalizacja z innymi psami i ludźmi, nauka chodzenia na smyczy, nauka czystości w domu, przytulaski, system nagród i kar. Pękające serce jak wyjeżdżałam do pracy a ona piskliwym szczekaniem nas wołała. Ciąża zeszła na drugi plan. Przestała zajmować moje myśli przez 100% czasu, ból po drugiej nieudanej biochemicznej był, ale był inny. Bo miałam moją psią córcię.

Luna, Lulka, Luśka, Lufcia, Szogun, Kisialala, Kiszka, Koleżanka, Ksieżniczka. Moja psia córka, pierwsze dziecko, które nauczyło mnie cierpliwości, dzięki ktorej zrozumiałam co to bezwarunkowa miłość, na którą czasem krzyknę jak próbuje mi wejść na głowę, która pogryzła z 10par kapci conajmniej, wszystkie kable które były w zasięgu, róg kanapy, węże ogrodowe, front komody na buty, nogę krzesła w jadalni, kamień na ścienie z kominkiem (o zgrozo Pan S to ciśnienie miał chyba z 200 😬) nowy leżak ogrodowy, materac do basenu nawet moje majtki bezszwowe 😅. Prawdziwa demolka 😀

Mieszkamy sami w nowym domu, który własnymi siłami wykańczaliśmy, a raczej, On wykanczał nas 😅 Niedomeblowany dom, był pusty jak wydmuszka. Często lapałam się na rozmyślaniach, że nie chcę tam wracać. Było mi wstyd, bo dużo poświęcenia kosztował nas ten dom, ale naprawdę, wracałam do niego ze wstretem. Czułam że zabrał mi dwa lata życia. Jak pojawiła się Luna wszystko się zmieniło. Wracając z pracy do pustych pomieszczeń, naprawdę można było wpaść w depresję. Dopiero ten merdający ogonek, maślane ocyska wpuściły w moje życie spowrotem trochę miłości. Nie będę udawała że jest i było łatwo, bo nie było. Szczególnie że Pan S ma dużo mniej cierpliwość niż ja, a takie psie dziecko potrafi dać w kość solidnie. Ale za nic w świecie bym jej nie zostawiła, panikuję za każdym wyjściem z domu, żeby tylko jej się nic nie stało, żeby moj mokry nosek mnie przywitał po powrocie.

Czy martwię się, jak będzie kiedy Mała się urodzi ? Jasne że tak, ale mam cichą nadzieję, i widzę po Lulce jaka jest przyjazna dla dzieci, że bedzie dobrze. Że będzie jej najlepszym psijacielem, i obrońcą, podporą. Że będzie jej psią siotrą, tak jak jest moją psią córką 🥰

Dziecko zdrowe, ale inkubator zepsuty – czyli trochę o lekach i chorobach.

Trochę odbiegnę od tematów strikte związanych z moją ciażą, i przeżyciami jej toważyszącymi, żeby nakreslić w jakimś niekoniecznie dużym stopniu, problemy zdrowotne z którymi od jakiegoś czasu sobie żyję.

Cieżko w sumie zacząć, bo trochę tego jest 😬 ale może od poczatku.

Dolegliwość nr 1: Astma+alergia

Astma oskrzelowa na tle wysiłkowym, zdiagnozowana u mnie jak miałam 6/7lat, plus do tego alergia … Na pyłki, trawy, kurz, sierść kota i innych zwierząt (ale na psią nie). Większość dzieciństwa przyjmowałam leki rozkurczowe, sterydowe, antyhistaminowe, no sporo tego było. Gdzieś w okolicach 18 lat, astma odpuściła, na tyle żebym przyjmowała tylko przy większym wysiłku fizycznym wziewne leki rozkurczowe, z alergią nauczyłam się poprostu żyć i tak było do roku 2018. Gdzie z własnej głupoty (🤦‍♀️) z niedoleczonym zapaleniem zatok pracowałam, a moja praca czesto przebiega przez magazyn, więc kursowałam między  temperaturami 23 stopni a 15 stopni…. w krótkim rękawku, na NLPZ’ach, cała spocona zeby zdążyć…mówiłam już że nawrót astmy spowodowała głupota ? Tak więc, od końcówki 2018 roku wróciłam na sterydy, tyle dobrze że wziewne, ale mimo wszystko…. Więc od wtedy jest ze mną budezonid i oxodil, na początku były codziennie, teraz przyjmuje tylko przy zaostrzeniach. Nie byłam w ciąży nawet u alergologa jeszcze 🤷‍♀️🤦‍♀️ po pierwszych dwóch kreskach miałam teleporadę, i Pani alergolog stwierdziła że można tak brać te leki w zaostrzeniach. Dodatkowo przeczytałam kilka publikacji dotyczących kobiet w ciąży chorych na astmę i wszystkie jednogłośnie mówią że budezonid jest lekiem rekomendowanym, a jak on nie pomaga to raz na ruski rok wezmę oxodil. Plus. Najważniejsze w ciąży jest dotlenienie płodu. Więc i matka musi być odpowiednio dotleniona. Nie krzyczcie. Mam zaplanowaną wizytę kontrolna u alergologa, w końcu można iść normalnie bo wcześniej to wszystko przez telefon chcieli załatwiać…

Dolegliwość nr 2: Otototo Hashimoto + niedoczynność tarczycy.

Rok 2018 był rokiem bardzo ciężkim, miałam wypadek w pracy, Pan S miał nieciekawą kraksę samochodową, na szczeście jemu nic sie nie stało ale samochód mocno do zrobienia, choroba nowotworowa odebrała życie mojemu kochanemu wujkowi, powrót do pracy po zwolnieniu lekarskim wypadkowym był bardzo ciężki (myślisz że znasz ludzi z którymi pracujesz X lat a na końcu się okazuje że i tak wszyscy Ci 4 litery obrobią…). Nagle zaczęły mi lecieć włosy garściami, poprostu wypadały, w ogromnych ilosciach. Na lewej stronie głowy pojawiły się prześwity skóry. Było tragicznie. Nigdy nie miałam bujnej czupryny, włosy zawsze były moim największym kompleksem a teraz jeszcze prawie ich nie było. Zaczełam szukać przyczyny, a im dłużej szukałam tym mój ogólny stan się pogarszał. Przestałam sypiać, dosłownie dopadła mnie taka bezsenność, że potrafiłam kilka dni z rzędu chodzić pół nocy i oglądać tv bo sen nie przychodził. Brak snu potęgował ogólny zły stan psychiczny i fizyczny. Byłam wykończona, rozdrażniona, nie dało się ze mną rozmawiać, wpadałam z histeri w furię, rzucałam telefonem z irytacji, nie funkcjonowałam wcale. Naprawdę nie nadawałam się do współżycia z innymi ludźmi. Dodatkowo waga zaczeła mi szybować w górę. Puchłam od patrzenia na jedzenie, a jadłam mniej żeby nie tyć. Było ze mną źle. Aż w końcu dermatolog patrząc na skórę mojej głowy zapytała o tarczycę. TSH miałam w normie, nie idealne ale w normie. A ona powiedziała że „TSH nie wskazuje na nic, trzeba zbadać ft3, tf4 i przeciwciała”. I tak jakoś po 4 miesiącach męki wyszło hashimoto i niedoczynność. Dostałam euthyrox, na początku w bardzo małej dawce. Ale źle go tolerowałam i przeszłam na letrox. Endokrynolog powiedziala że mam się pogodzić z tym, że do końca życia będę przyjmować hormony. Trochę załamka, ale przynajmniej wiedziałam co mi jest i jak z tym walczyć. Więc wspaniały rok 2018, i cały zgromadzony stres, musiał uaktywnić w moim organizmie super gen Hashimoto. No poprostu BOMBA.

Dolegliwość nr 3: hiperprolaktynemia.

Z tą „Panią” miałam małą styczność ale jednak. Od jakiś 3 lat miałam nieregularne cykle. Ale po ciąży biochemicznej to dopiero się zaczęło dziać. Rozrzut w długości cyklu od 25 dni do 45. Wszedł dostinex, cykle się unormowały do kolejnej ciąży biochemicznej. Pamiętam że endokrynolog nie chciała wracać do dostinexu, dopóki PRL nie bedzie utrzymywała się powyżej normy jakiś czas. Ale miałam 2 tabletki ostatnie (a kosztują naprawdę sporo). Wziełam pół w cyklu grudniowym (po listopadowej CB) i pół w cyklu lutowym, wtedy też podejrzewałam że mogło dojść do zapłodnienia w styczniu. Jakoś 12 dni po owulacji (miałam monitoring, jeden jedyny raz w życiu) zrobiłam test, ba, zrobiłam 3 testy różnych firm. I na każdym były 2 kreski. Beta 3 dni później wynosiła <5, nie chciało mi sie wierzyć, że 3 testy z niezależnych firm, kupione w innych miejscach mogą mnie oszukać. Dostałam okres 9go lutego i wzięłam pół dostinexu (badanie krwi wykazało że PRL powyżej normy a naprawdę nie chiałam kolejnego cyklu 40sto kilķo dniowego. I to była moja ostatnia miesiączka.

Dolegliwość nr 4: mutacje MTHFR i Pai1

5 marca w dniu w którym zrobiłam test ciążowy, przyszły wyniki badań genetycznych. I te dwie Panie mutacje się w wynikach pokazały. Dopiero po zrobieniu tych testów genetycznych zaczełam analizować moje korzenie. Nie znałam dziadków,oboje zmarli w młodym wieku z powodów krążeniowych, babcia cierpiała na zakrzepowe zapalenie żył, ciocia na trombofilię, powoli docierało do mnie, że prawdopodobieństwo, że ja też mogę mieć takie geny jest całkiem spore. Od stycznia byłam na acardzie dawka 150, ginekolog do której wtedy chodziłam, zapobiegawczo wdrożyła acard w trakcie starań. Zastrzyki z fraxiparyny, pózniej zmienione na neoparin, dostałam od lekarza do którego trafiłam z plamieniem, 16go marca. I tak od tamtej pory się kłuję w brzuch 🤷‍♀️

Dolegliwość nr 5: Anemia.

Pojawiła się jakoś około 20go tygodnia. Czułam że coś się dzieje. Drugi trymestr leciał, miałam mieć więcej energi i ochoty to życia. Tymaczem zawroty głowy i bladość skóry, większa niż dotychczas, zdradzały że coś jest nie tak. Czułam że zawroty głowy to nie wina niskiego ciśnienia. Widziałam to w mojej bladej twarzy i ustach. Paradoklasnie patrząc w lustro czułam się piękna. Zrobiłam morfologię przy okazji kontroli tsh i ft4. Hemoglobina, hematokryt i krwinki poniżej normy. Próbowałam nadrobić to burakami, warzywami. Przyjmowałam też prenatal duo a w nim jest żelazo, na ulotce jest napisane żeby nie brać dodatkowo żelaza. Ale po dwóch tygodniach było gorzej. I wtedy wleciał niemiecki specyfik na krew, który jeszcze miałam po zmarłej babci, a tydzień później już Floradix.

Dolegliwość nr 6 : podtrzymanie ciąży

Chyba nie można nazwać tego dolegliwością, ale nic innego konkretnego mi do głowy nie przyszło 😅🤷‍♀️

Na podtrzymanie biorę duphaston 3×1, luteinę 2×2(najpierw pod język teraz dopochwowo). Duphaston zaczęłam brać po pozytywnym teście, luteinę wdrożył mi lekarz przy plamieniach. Dawki były modyfikowane w ostatnich pięciu miesiacach, ale nie zostały zmniejszone.

Podsumowują, tak wygląda moje wysypianie się w ciąży (kiedy wszyscy w kółko powtarzają – śpij póki możesz ! 😑 ) :

* Około 3/4 rano zawsze budzę się na siku. Nie ma opcji żebym się nie obudziła. Zanim byłam w ciąży też o tej porze wstawałam siku. Taki mam zegar biologiczny najwidoczniej. O tej porze zażywam LETROX 100.

* Na 6 rano mam budzik – czas na DUPHASTON – nie można go łączyć z letroxem. Czasem jak się przebudzę to biorę go po 5, zależy jak mnie ptaszki obudzą.

* O 8:30 mam kolejny budzik. Robię kawę i o 9 wkładam do pochwy 2 taletki LUTEINY. Wolę tę dopochwową, podjęzykowa jest niesmaczna tak z rana.

* Po 9 robię zastrzyk NEOPARIN. W najgorszym okresie mój brzuch wyglądał tak:

* Około 9:30 piję pierwszą dawkę FLORADIXU Z ŻELAZEM, trzeba tutaj mieć odstęp od letroxu i pić go 30 min przed posiłkiem. Z reguły po takiej dawce wszystkiego niezbyt mam ochotę na jedzenie, wciskam je między 10 a 11, staram się popić sokiem z buraka ale są takie dni że sok za nic nie wejdzie.

* Później jest już prościej trochę, o 14 biorę kolejny DUPHASTON, biorę też magnez i prenatal Duo w ciągu dnia, staram się w trakcie posiłków brać suple. Przed obiadem lub przed kolacją wpada kolejna dawka FLORADIXu.

* O 20 zwykle już chodze w piżamce, o 21 wkladam kolejne dwie tabletki luteiny, stram się zjeść surowe warzywa i owoce, żeby złagodzić zaparcia ale o tym w innym poście.

* O 22 biorę ostatni DUPHASTON, i muszę jeszcze trochę się przemęczyć żeby wziąć około 23 ACARD, żeby miał odstęp od duphastonu. Zwykle po 22 zasypiam na kanapie, acard mam na stoliku nocnym i biorę jak sie przenoszę do sypialni.

Uh, taka krótka historia miała być… cóż. Tak właśnie wygląda wysypianie się w ciąży 😅

Przywitajka.

Cześć.

Jestem Panna M., mam 31 lat.
Moje pragnienie noszenia pod sercem najpiękniejszego cudu świata, w marcu tego roku zostało spełnione [na dłużej niż 6 tygodni, ale o tym w innym poście 😉 ].
Jednak. Blog powstał z powodu kilku trudnych przeżyć związanych z tą ciążą (a pamiętajcie – ciąża ciąży nie równa) i jej wcześniejszym planowaniem. Są rzeczy których się nie spodziewałam, są sprawy o których nikt mi nie powiedział, są rzeczy których nikt nie rozumie, nawet ja sama, są uczucia których nigdy wcześniej nie doświadczyłam, i takie których nie chciałam nigdy poczuć. Uczę się swojego ciała, tego jak reaguje na rosnące we mnie szczęście, którym niestety mimo wielkiej chęci, rzadko dane jest mi się cieszyć. Ale o tym i o wielu innych sprawach, tych przyjemnych i tych mniej przyjemnych, będę pisać w kolejnych postach.

Zapraszam niedługo 🙂

#ciąża #9miesięcy #pregnancy #przywitanie #woczekiwaniu #mamaporazpierwszy