Szpital. Śmierć. Wydmuszka.

Od wizyty serduszkowej, praktycznie ciągle plamiłam. Czy to przez krwiaki które miałam w macicy ? Nie wiadomo. Plamiłam kilka dni, pózniej przerwa, pózniej znowu plamienie. Mam wrażenie że plamienia były już tak „normalne” dla mnie, że nauczyłam się z nimi żyć. I jak po kilku dniach względnego spokoju znowu się pojawiło, nie marwiło mnie tak bardzo, dopóki nie było żywej krwi, to było akceptowalne.

Brałam końskie dawki luteiny i duphastonu. Mdłości przez które nie potrafiłam jeść, strach który był wszędzie za każdym rogiem. Piękny i cudowny okres ciąży okazał się piekłem. Dosłownie piekłem. Koszmar za koszmarem, nieprzespane noce, słabnący organizm. Dodatkowo żeby tego było mało, bliska mi osoba była już jedną nogą w zaświatach. Patrzenie jak gaśnie jej iskra, jak powoli nas zostawia dodatkowo psychicznie mnie pogrążyło. Naprawdę. I wiem, że inni mają gorzej, wiem że ludzie głodują, giną w wojnach, umierają w męczarniach. Wiem. Ale mimo wszystko, było mi strasznie ciężko, życie do tego stopnia mnie przytłoczyło, że nawet moja iskra, ktora kiedyś była bardzo wyraźna i głośna, praktycznie zgasła.

Zmieniłam się. Nie byłam już tą samą osobą.

Babcia zmarła 30.03. Wiedziała że spodziewa się prawnuka, tak przynajmniej sobie wmawiam, że mnie słyszała, że słyszała moją mamę. 30.03 z łzami wypłynęła ze mnie ostatnia emocja jaką w sobie miałam. Rzeczy których wcześniej bardzo pragnęłam typu wziąć ślub, posadzić piękne kwiaty w ogrodzie, mieć drugie dziecko, znaleźć lepszą pracę… wszystko straciło sens. Przestało mi zależeć. Zostałam inkubatorem, w którym rośnie dziecko, który podtrzymuje lekarz, maszyną bez uczuć i emocji, wypełnioną jedynie strachem.

Czułam się pusta. Stałam się aspołeczna. Jedyny spokój przynosiło mi przebywanie w samotności. To był jedyny moment kiedy byłam spokojna, kiedy nic mi nie przeszkadzało, kiedy nikt mnie nie denerwował głupimi tekstami typu: „musisz jeść” No hallo. Wiem, chciałabym, ale nie potrafię jedzenia przełknąć. Albo to było też dobre: „Ciesz się że nie wymiotujesz” Szczerze? Chyba wolałabym zwymiotować niż czuć ciągły ucisk w żołądku i puchnące jedzenie w ustach. I oczywiście kwintesencja ciążowych sentencji: „CIĄŻA TO NIE CHOROBA”, „JA W CIĄŻY TO PRACOWAŁAM DO OSTATNIEGO DNIA”

Panie i Panowie! Owacje na stojąco!

Też bym tak chciała!!!

Pracować, czuć się dobrze, jeść wszystko, nie mieć zawrotów głowy, być wulkanem pozytywnej energi i radości. Być samodzielna i samowystarczalna, radzić sobie zawsze z wszystkim. Ale nie mogłam, ani pracować, bo moja praca wymaga sporego wysilku fizycznego a musiałam się oszczędzać z powodu plamień i krwiaków, ani się cieszyć bo prawda była taka że nic nie bylo pewne, z taką ilością leków i sporym obciążeniem, ciąża mogła skończyć się każdego dnia. Jedyne co mogłam to się oszczędzać i wychodzić na spacery z psem. A to i tak jak się później okazało, było zbyt wiele.

Bez względu na to jak bardzo chciałam czuć się normalnie i być normalna – nie byłam, dalej nie jestem chociaż z dnia na dzień coraz bardziej staram się być bardziej ludzka. Bardziej uśmiechnięta, mimo że często nie jest mi do smiechu. Kiedy zmarła babcia, umarła część mnie. I mimo że wszytskim w koło mówiłam, że tak jest lepiej, że już nie cierpi etc. Wcale tak nie uważałam. Byłam zła na nią, że się poddała, że mnie zostawiła.

Były dwie emocje na jakie mnie wtedy było stać: złość i strach. Obie paraliżowały całe ciało. Nie płakałam, poza pogrzebem, nie potrafiłam płakać. I to nie dlatego że skończyły mi się łzy, nie dlatego że nosiłam pod sercem nowe życie, jak niektórzy mi w kółko powtarzali. Byłam w środku pusta. Wydmuszka. Bardzo chciałabym, żebym już nigdy w moim życiu nie była w takim stanie.

Nie sądziłam też, że jest coś co może mnie jeszcze bardziej zdołować i przybić. Ale jednak.

25go kwietnia, niedziela. Od dwóch dni czułam się gorzej. Niepokój był większy niż dotychczas. Coś było nie tak, czułam że coś sie dzieje. Dziwne jest to jak bardzo jesteśmy w stanie wyczuć, że dzieje się coś nie tak.

Jak każdego ranka, po śniadaniu poszłam z psem na spacer. Po spacerze poszłam do mamy na kawę, Pan S. Miał akurat pracującą niedzielę. Stałam w kuchni u mamy czekając aż zagotuje się woda na kawę. I wtedy to poczułam. Gorącą krew między moimi nogami. Idąc do łazienki podłoga rozmazywała mi się przed oczyma. Zdjęłam spodnie. Jasnoczerwona, żywa krew. Pamiętam że powiedziałam mamie że muszę jechać do szpitala, nigdy nie zapomnę jej przerażenia w oczach. Chciała jechać ze mną ale ja nie chciałam. Nie do końca pamiętam jak ale wróciłam do domu, wzięłam szybki prysznic, przebrałam bieliznę, ubrałam się i pojechałam samochodem do szpitala. Z drogi która trwała jakieś 10 minut pamiętam tylko łzy, i myśli o tym, czy moje dziecko jeszcze żyje. Nie pamiętam kiedy napisałam do S. Czy w domu czy w drodze? Nie pamiętam. Pamiętam krew, ciepło między nogami, strach, przerażenie, łzy.

Po przyjeździe do szpiatala musiałam przejść wstępna selekcję w związku z pandemią, ale wypisując ankietę, pielegniarka już dzwoniła do lekarza. Skierowała mnie na ginekologię, wiedziałam gdzie iść. Byłam tam przy pierwszej CB. Podeszłam pod gabinet. Usiadłam. Lekarz przyszedł prawie od razu. Młody, uśmiechnięty, spokojny. Nie będę wdawać się w szczegóły wizyty. Jedyne co było w niej najważniejsze, to to, że serce mojego okruszka biło mocno, a on fikał koziołki na ekranie usg. Dostałam leki, zakaz współżycia, chociaż o tym już wiedziałam odkąd były plamienia. Oszczędny tryb życia, nie leżący. Oszczędny. Dostałam wypis, wróciłam do domu. Zjadłam rosół. I nic wiecej z tego dnia nie pamiętam.

Dodaj komentarz