
Czasem jak sobie tak myślę, to naprawdę śmieszy mnie fakt, że mylę datę urodzin mojego taty, ale daty 16 i 18 marca 2021 mam tak mocno wyryte w mózgu, że nie potrafię o nich zapomnieć, mimo że naprawdę chciałabym.
O 9 rano miałam wizytę u ginekologa. Byłam już całkowicie wyprana z jakichkolwiek uczuć. Byłam przygotowana na kolejne „przykro mi ale nie udało się”. Trudno. Do trzech razy sztuka. Koniec. Nie chcę już cierpieć.
Podejście lekarza bardzo mnie jednak zdziwiło. Podchodził do mnie przez cały wywiad jak do ciężarnej, którą już w moim osobistym mniemaniu nie byłam. Nie bagatelizował dwóch ciąż biochemicznych, wyników mutacji. Do wszystkiego podszedł fachowo, rzeczowo i z takim jakimś luzem. Pewnie dlatego do tej pory z nim „jestem”.
Usg. Najdłuższe kilka sekund w moim życiu, aż wkońcu powiedział że „jest nadal pęcherzyk ciążowy, jeszcze nie widać zarodka, bo jest za wczesnie”. Był też krwiak. Czy to krwawienie było z niego ? Niewiadomo. Miałam przyjść za 5 dni i zobaczymy czy ciąża dalej się rozwija. Jest ryzyko wyższe niz u zdrowej kobiety, dlatego powinnam się oszczędzać, brać leki, i nie stresować. I od tego dnia przeszłam na zwolnienie lekarskie. Nie chciałam zostawiać tak pracy z dnia na dzień, miałam mnóstwo spraw i zdań których nie skończyłam, nie miałam wyszkolonego zastępcy. Wracając samochodem do domu, zadzwoniłam do szefa z wiadomościami, powiedział że 3ma kciuki. Z panem S. też rozmawiałam albo napisalam mu wiadomość ze szczegółami? Nie pamiętam już, pamiętam tylko metlik w głowie który miałam, fakt że ciąża nie wypłynęła razem z krwią, że trzeba było czekać na zarodek i odpoczywać, i się oszczędzać. Była nadzieja.
Dni do kolejnego usg bardzo się dłużyły, mimo że było ich tylko 5. Każda wizyta w WC od 18go marca była męką. Za każdym razem spodziewałam się nowej, dużej porcji krwi, plamienia, wszystkiego co najgorsze. Pojawiły się też koszmary, w których wszędzie była krew, albo poroniłam albo inne straszne rzeczy się działy. Byłam wykończona, ciężko mi było zasnąć a po każdym kolejnym koszmarze bałam zasnać ponownie. Pojawiły się się dodatkowo okropne mdłości, czułam jakby jedzenie puchło mi w ustach, w żoładku tak bardzo mnie wszystko gniotło że mało co jadłam. Czułam się źle, pf, fatalnie, jak wrak człowieka. Tylko ta mała iskierka nadziei, że we wtorek pojawi się zarodek z serduszkiem, pozwalała mi chyba na jakiekolwiek funkcjonowanie.
Wiem, że brzmię jakbym się żaliła. Doskonałe zdaję sobie z tego sprawę. Ale trudno. Tak to wyglądało. Tak się czułam. I możecie wylać na mnie całe wiadro linczu i tekstów że powinnaś się cieszyć etc. Nie, nie mogłam się cieszyć. Nie byłam w stanie czuć niczego innego poza strachem. To było jedyne uczucie które we mnie istniało. Oczekiwanie na moment kiedy wypłynie w bordowej fali ostatnia iskierka nadziei. Nie wstydzę się juz tego. Tak poprostu było.
We wtorek rano, cała w nerwach, z podkrążonymi oczami pojechałam na usg. Byłam do tego stopnia zmęczona i zdenerwowana, że pamiętam tylko jak lekarz mówi że „jest przepływ krwi przez zarodek”. Nic więcej z tej wizyty nie pamiętam. A miałam założoną kartę ciąży, były jakieś skierowania na badania, zaświadczenie dla pracodawcy, napewno lekarz modyfikował mi dawki leków. Jak Boga kocham, nie pamietam nic z tego. Dopiero bedąc w domu zrozumiałam, że MAMY ZARODEK Z TĘTNEM ! Teraz trzeba czekać, oszczędzać się, odpoczywać, nie denerwować ani nie stresować.
Hah łatwiej powiedzieć niż zrobić. Po wizycie seruszkowej postanowiliśmy powiedzieć rodzicom i rodzeństwu mojego pana S. Moja mama wiedziała od początku, tata i brat bardzo szybko się domyślili i ciężko było ich zwodzić mieszkając 100 metrów od nich. Wiedziały też moje przyjaciółki. Cała reszta świata, miała nie wiedzieć do badań prenatalnych o ile do nich dotrwamy. Nie chciałabym później słuchać „o jej tak mi przykro, wiadomo jaka była przyczyna? Następnym razem się uda zobaczysz” albo widzieć te pełne współczucia i żalu spojrzenia.
Chciałam żebyśmy byli w tym sami. Ja sama chciałam być w tym sama, bez osób postronnych, bez tłumaczenia, wyjaśnianie, chciałam być sama, zamknięta w czterech ścianach mojego umysłu. Bez nikogo kto mogłoby mi mówić że będzie dobrze, trzeba być dobrej myśli, trzeba wierzyć że będzie dobrze.
Nie. Trzeba być realistą, i być świadomym że do 12 tygodnia najczęściej zdarzają się poronienia, że mój organizm jest jaki jest i to zwiększa ryzyko, że wszystko może się zdarzyć w każdej minucie i sekundzie kolejnej chwili. Trzeba być gotowym na wszytsko. Bo wszystko się może zdarzyć.