Po piątkowych dwóch kreskach, pojechałam w sobotę na badanie beta hcg. Którego nie zrobiłam… jedno laboratorium zamknięte. W drugim kolejka na 15 osób. O nie, nie będę streczeć w kolejce, pózniej czekać do wyniku w nerwach i stresie i psuć sobie weekendu. Nie jest mi to do nieczego potrzebne. Pojechałam do domu. Zła, że akurat dziś są takie problemy w labie, że mam gości na weekend i nie wypiję z nimi wina, na które miałam taką ochotę, na Pana S. Który z wiadomych powodów miał do tego pozytywnego testu równie wielki dystans jak ja, ale on przecież powinien chodzić za mną i mi powtarzać, że bedzie dobrze. A mimo wszystko byłam zła. Na cały świat. Sama przez długi okres nie rozumiałam dlaczego. Dopiero po czasie zrozumiałam, a tak naprawdę bardzo fajna Pani psycholog mi uświadomiła, że moim życiem zaczął rządzić strach.
Betę więc zrobiłam w poniedziałek rano. Wynosiła około 80.
„To chyba dobrze? Nie za mało ? Może za mało ? Wg norm wychodzi 3ci tydzień , ale ten 3ci tydzień to od kiedy oni liczą? Od ostatniej miesiączki? Od zapłodnienia ? Od implantacji zarodka ? Nie dobrze, napewno za mało. Pewnie znowu nic z tego. Robić po 48h drugą betę czy nie robić ? 80 to jednak mało to nie ma sensu robić. Po co znowu się stresować. Ale od kiedy oni to liczą ? ”
Tak mniej więcej wyglądała reszta poniedziałku i wtorek. Nie byłam świadoma tego ile myśli na minutę mój mózg jest w stanie przetworzyć, ile różnych scenariuszy jestem w stanie sobie wyobrazić, ile różnych emocji jestem w stanie poczuć w tak krotkim czasie. Teraz jak sobie o tym myślę, to niezły rollercoster zafundowałam wtedy naszej małej fasolce, dobrze że jeszcze nie czuła tego co ja.
Mimo wszystkich wątpliwości, poszłam w środę na betę. Pani rejestrująca mnie na badanie, powiedziała, że na pewno będzie dobry wynik, bo „Bardzo ładnie Pani wygląda”, a ja, całkowicie wyprana z uczuć, bo po dwudniowej karuzeli nie zostało już ich zbyt wiele we mnie, tylko się uśmiechnęłam i podziękowałam.
Druga beta wynosiła prawie 300.
„Taki przyrost !? Za dużo, znowu nic z tego. Nie powinna tak mocno urosnąć chyba. A może to bliźniaki ? Może to dobrze? Kurczę jak na bliźniaki to chyba i tak za mało. Na jedną fasolkę za dużo, na dwie za mało. Znowu pewnie nic z tego, ciekawe kiedy się zacznie….?”
Kolejną porcja uczuć i myśli podano! I niestety, ale smutna prawda jest taka, że radość, bo przecież jest nadzieja, że będzie dobrze, nawet spora nadzieja, została w 90% przesłanięta przez strach. Strach, który miał mi towarzyszyć bardzo, bardzo długo.
16ty marca. Mało, który dzień pamiętam tak wyraźnie. Nie pamiętam już na kiedy planowałam wizytę u ginenkologa ale napewno nie tak wcześnie. Do tego wtorku, żyłam w takim stanie pomiędzy radością, strachem i nadzieją. Usmiechałam się sama do siebie, za chwilę myśląc o tym że nie ma się z czego cieszyć bo nigdy nic nie wiadomo. I tak w „koło Macieja”.
16go marca, koleżanka w pracy oznajmiła nam, że jest w ciąży, w 7/8tygodniu.
16go marca ja zaczęłam plamić.
Korzystając po raz kolejny z dobrodziejstwa pakietu medycznego, umówiłam się na pierwszą lepszą wizytę do ginekologa, która była dostępna. Wiedzialam jakie są szanse, byłam doskonale tego świadoma. Ale mimo wszystko, słysząc że „obciążenie jest bardzo duże, tak naprawdę, czego jest Pani świadoma, jest 50% szans na to, że ciąża się utrzyma”, jedyną emocją jaka we mnie została, był strach. I szczerze powiedziawszy, nie jestem pewna czy bardziej byłam się straty kolejnego zarodka, czy mojego bólu psychicznego i wszystkich następstw jakie za sobą niesie.
Pęcherzyk był w macicy, lekarz nie widział nic innego, zdjęcie było jakieś dziwnie ciemne, ledwo można było tą malą bańkę zobaczyć. Leki. Proszę się oszczędzać i za 2 tygodnie kontrola. Taki był plan. Ale wiadomo, plany lubią się zmieniać.
Następnego dnia poszłam do kierownika, nie mogłam wykonywać mojej dotychczasowej pracy, potrzebowałam stanowiska na którym nie będę dźwigać ani sie przemęczać. Oczywiście podczas rozmowy rozkleilamm się na amen, slowa ledwo przechodziły mi przez gardło. Nie tak sobie to wyobrażałam, zawsze myślałam, że jak uda mi się zajść w ciążę, to pójdę do szefa po wizycie serduszkowej, z zaświadczeniem od ginekologa o ciąży, z usmiechem na twarzy, że pozamykam wszystkie sprawy którymi się zajmuję zanim pójdę na zwolnienie, że wyszkolę pracownika na moje stanowisko… Rzeczywistość jednak, lubi zaskakiwać.
Od tamtej pory, naprawdę jedynym uczuciem które czułam był strach. Nie byłam zdolna do odczuwania niczego inengo niż strachu. Był ze mną ciagle, wszędzie, potegował mdłości, rosł mi w gardle, w głowie, przytłaczał mnie. Kojarzycie uczucie, jakbyście założyli zbyt ciasną czapkę na głowę? To uczucie kiedy czujesz nacisk, przytłoczenie i ograniczenie innych możliwości bo jedyne co czujesz to ucisk. Moim uciskiem był strach.
18go marca, obudziłam się około 4 w nocy, poszłam do wc jak to u mnie zawsze bywa, i zamarłam. Zobaczyłam krew. Dużo krwi. Przez pierwsze 5 minut nie czułam nic. Później wróciłam do sypialni. I zaczełam zanosić się płaczem. Napisałam sms do kierownika, że „chyba już po wszystkim, nie dam rady dziś przyjść do pracy”, w odpowiedzi przeczytałam „przykro mi, do zobaczenia w piatek”.
Pan S. Chociaż pewnie sam czuł smutek i strach, przytulał mnie do piersi i powtarzał, że to jeszcze nic nie znaczy. Że zobaczymy co powie lekarz. Wtedy nie wierzyłam w te słowa, ale jak to On – Miał rację.